Region Kultury

Kaledoskop

Reymont

Wydawnictwo Kwadratura

Wytwórnia

Kalejdoskop - magazyn kulturalny Łodzi i województwa łódzkiego

 

 

Numer - 9/2009

 

 

 

 Fenomen
Wytwórnia Filmów Oświatowych to symbol ciągłości Łodzi filmowej – istnieje nieprzerwanie od 60 lat! W tym czasie wyprodukowała pięć tysięcy tytułów. Karierę zaczynali tu znani reżyserzy filmów fabularnych: Krzysztof Zanussi czy Juliusz Machulski, oraz najlepsi operatorzy („Młoda sześćdziesięciolatka”).

 

 Na Wschodniej
Ona tłumaczy trudne teksty z niemieckiego (m.in. „To rzekł Zaratustra”), on pisze i reżyseruje. Oboje zbierają najwyższe nagrody. Sława Lisiecka i Zdzisław Jaskuła stworzyli kiedyś w swoim mieszkaniu słynny „salon na Wschodniej”, gdzie 1 Maja świętowano „burżuazyjnymi obiadami”… („Tandem”).

 

 Będzie biennale!
W łódzkich instytucjach artystycznych sporo się dzieje.
Akademia Sztuk Pięknych wzbogaci się o dwa nowe budynki, w których znajdzie się m.in. wymarzona profesjonalna aula do pokazów mody („Kipi pod pokrywką”). Muzeum Historii Miasta Łodzi zrezygnowało z „historii” w nazwie, a zyskało świetną kolekcję Krzysztofa Musiała i prawo do organizowania Biennale Sztuki! („Nowe życie Poznańskiego”).

 

 Trochę smutno, trochę wesoło
Elżbieta Adamiak wydaje nową płytę – 13 lat po ostatniej! Artystka zapowiada, że album będzie smutno-pogodny, z elementami zamyślenia nad życiem… („Wyleczona z przeżywania”).

 

 Geniusz
Karol Hiller nie jest tak popularny jak Władysław Strzemiński, choć artystą był równie interesującym – być może to z powodu konfliktu między nimi, w którym środowisko poparło raczej Strzemińskiego. W grudniu mija 70. rocznica śmierci Hillera – to dobry powód, by zadumać się nad jego geniuszem… („Hiller surrealista?”).

 

 Tandem
Agnieszka Kałowska

Ona – tłumaczka m.in. Hessego, Bernharda, Jelinek. On – poeta, pisarz, reżyser teatralny. Związani z Łodzią od lat. Wielokrotnie doceniani, w ostatnich miesiącach: Nagrodą „Literatury na Świecie” za przekład powieści Uwe Johnsona „Domniemania w sprawie Jakuba” (ona) i srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (on). Małżeństwo niezwykłe: Sława Lisiecka i Zdzisław Jaskuła.
Poznali się u poety Zbigniewa Dominiaka. Zdzisław studiował wówczas polonistykę w Łodzi, a Sława była lektorką języka niemieckiego na tym samym wydziale, o czym jako niezbyt gorliwy student jeszcze nie wiedział. Jaskuła miał wówczas za sobą poetycki debiut w miesięczniku „Poezja”, przyjaźnił się z Jackiem Bierezinem i poetami Nowej Fali. Lisiecka zaś była tuż przed translatorskim debiutem, a zaczynała nie byle gdzie – w „Literaturze na Świecie”.
Jaskuła, relegowany z łódzkiej uczelni, studia kończył na KUL-u. – Było to specyficzne miejsce zesłania – wspomina. Z prowincjonalnej wówczas Łodzi trafił do interesującego intelektualnie Lublina i uczelni cieszącej się opinią otwartej, europejskiej.
W okresie PRL oboje związani byli z opozycją, ale dalecy są od rozpamiętywania win i zasług, snucia martyrologicznych wspomnień. – Działania polityczne sensu stricto nigdy mnie nie pociągały – powie Jaskuła po latach. Zamiast tego wraz z żoną stworzył miejsce, gdzie bez końca można było dyskutować o zakazanych autorach; dom otwarty – kawiarnię egzystencjalistów przyciętą na miarę polskich realiów. – Łódź powoli stawała się dekadencka. Troszkę było w tym z cyganerii, nonszalanckiej bohemy. W taki klimat znakomicie wpisywał się ich słynny „salon” na Wschodniej. Wspólne imienino-urodziny, pierwszomajowe „burżuazyjne obiady” czy organizowane w klubach studenckich – gdy zabroniono juwenaliów – „Jaskulana”, to już elementy łódzkiej legendy literackiej. – W aktach bezpieki pewnie można znaleźć dokładniejsze sprawozdania z tych imprez – ironizuje.
Jaskuła redagował wtedy dział poezji w wydawanym poza oficjalnym obiegiem społeczno-politycznym magazynie „Puls”: – Moje zadanie polegało również na wprowadzeniu tam kompletnego absurdu. Zabawy słowem, parodie, pastisze, nierzadko zrozumiałe tylko dla wąskiej grupy odbiorców – w tym się specjalizował. Lisiecka zaś zdobywała wówczas szlify jako tłumaczka i odnosiła pierwsze sukcesy. Zaledwie dziesięć lat po debiucie przekład powieści „Hörderlin” Petera Härtliga jej autorstwa doceniły zarządzany przez Karla Dedeciusa Deutsches Polen Instytut w Darmstadt oraz Fundacja Roberta Boscha, które to instytucje przyznały młodej tłumaczce swe wyróżnienie. – Otrzymałam tę nagrodę prawie na początku mojej drogi twórczej. Potem przez pół roku nie mogłam usiąść przy biurku, tak wielką odpowiedzialność czułam – wspomina.
Sięgała i sięga po dzieła trudne, zarówno w warstwie językowej, jak i filozoficznej. Spolszczyła teksty kontrowersyjnej noblistki z 2004 r., Elfriede Jelinek, a także m.in. Ingeborg Bachmann, Hermana Hessego – w sumie około siedemdziesięciu dzieł. Razem z mężem przełożyli na nowo słynny traktat filozoficzny „To rzekł Zaratustra” Fryderyka Nietzschego. Wydarzeniem niezwykłym okazały się jej przekłady powieści austriackiego autora Thomasa Bernharda – „Wymazywanie” oraz „Dawni mistrzowie”. W 2007 r. jej pracę doceniły austriackie władze, przyznając nagrodę państwową.
A teraz? Bawią wnuczkę. Pani Sława tłumaczy, ciągle dzieła trudne i ambitne (ostatnio, oprócz „Domniemań…”, „Zaburzenie” Bernharda). On – do niedawna bacznie przyglądał się Łodzi w felietonach pisanych do „Kalejdoskopu” i innych pism, organizuje konkursy poetyckie, a w Teatrze Nowym, któremu niegdyś dyrektorował, prowadzi kawiarnię literacką, w której znów zaprasza do dyskusji na tematy ważne i trudne.

 

 Wyleczona z przeżywania
Rozmowa z Elżbietą Adamiak

 Krzysztof Kowalewicz: – Kilka lat temu sporo mówiło się o „krainie łagodności”. To termin określający nurt piosenki literackiej, turystycznej i poezji śpiewanej, dzisiaj praktycznie zapomniany. Nie czuje się pani samotna w tym świecie?
Elżbieta Adamiak: – W tej krainie wciąż funkcjonuje bardzo wielu artystów. Z nową płytą wrócił Grzegorz Bukała. Antonina Krzysztoń w dalszym ciągu nagrywa i koncertuje. To, że nas nie widać w mediach, wynika tylko i wyłącznie z naszej… łagodności. Nie narzucamy się słuchaczom, ale wciąż mamy dla kogo śpiewać, co pokazują koncerty.
– Nietrudno wybrać się na pani recital, ale na kolejne płyty trzeba się naczekać.
– Chciałam się wycofać z obiegu fonograficznego. Ostatnią płytę studyjną nagrałam 13 lat temu. Uważałam, że zrobiłam już swoje, ale wciąż – z potrzeby duszy – powstawały nowe utwory. Postanowiłam je zachować, „zanutować”, chociaż generalnie nie lubię siedzieć w studiu. Brakuje mi cierpliwości dla samej siebie. Mikrofon i głośniki są bezwzględne. Słychać wszystkie niedociągnięcia. Dążenie do „ideału” może trwać w nieskończoność. Nie bawi mnie to.
– Opanowanie warsztatu po tylu latach śpiewania nie wystarcza, żeby z marszu wejść do studia i zarejestrować materiał?
– Nigdy tak nie było. Wszystkie moje płyty studyjne okupione są stresem, wynikającym z nieograniczonych możliwości „upiększania” nagranego już materiału.
– Zadebiutuje pani jako wydawca.
– Przez dwa lata szukałam sponsorów, aż w końcu sama zdecydowałam się wydać album. Wyprodukuję materiał dzięki wsparciu i pomocy wspaniałych osób, którym zawdzięczam spokój w sprawach finansowych. Trochę się boję tej inwestycji. W nagraniach wzięło udział wielu gości, a to kosztuje. Nie chcę podawać konkretnych kwot, ale chodzi o duże pieniądze. Zaprosiłam do współpracy kwartet smyczkowy Grupa MoCarta, trio wokalne Trzy Dni Później, które pięknie, szybko i czysto nagrało swoje partie. Zaśpiewam w duetach dwie piosenki. Jedną z Adamem Nowakiem z Raz Dwa Trzy, drugą z Krzysztofem Kiljańskim. Do tego jest jeszcze trzech pianistów, kontrabas, akordeon. Powstaje bardzo ładna, klimatyczna płyta. To chyba pierwszy album w moim dorobku, którego będę słuchać z przyjemnością.
– Płyta ukaże się jesienią. Nawiązując do pani najsłynniejszej piosenki, spytam, czy w takim razie czeka nas kolejna porcja „jesiennej zadumy”?
– To będzie płyta z pogranicza piosenki z dobrym tekstem i piosenki poetyckiej. Wierszy jest kilka. Sama ośmieliłam się napisać cztery teksty. Album nie zapowiada się smutno, raczej smutno-pogodnie. Wyleczyłam się z tego swojego Adamiakowego wielkiego przeżywania. Jest więcej pogody ducha, zamyślenia nad życiem i jego kolorami. W moim wieku jest więcej wspomnień niż marzeń. Ale przestałam już narzekać. Życie toczy się swoim torem, należy brać to, co daje każdy dzień, cieszyć się z tego, co się ma, a nie przesadnie się smucić. Większość moich marzeń się spełniła. Niestety, kiedy pragnienia się realizują, okazują się bardzo przyziemnymi sprawami, którymi później musimy zajmować się każdego dnia i to już nie stanowi takiej radości.
– W prowadzonej przez panią Łódzkiej Piwnicy Artystycznej „Przechowalnia” w ostatnich miesiącach niewiele się działo. Tak mocno pochłonęła panią praca nad płytą?
– Teraz jestem bardziej skupiona na swojej pracy twórczej. Prowadzenie „Przechowalni” ostatnimi czasy sprowadziło mnie do roli restauratorki. Nie chcę nikogo ani oskarżać, ani się żalić. Po prostu nie jestem osobą przebojową, która potrafi zabiegać, żeby za wszelką cenę utrzymać prowadzony przez siebie lokal. Ożywienie piwnicy kosztowało mnie dużo wysiłku. Doszłam do wniosku, że nie powinnam zapominać o swoim talencie artystycznym. Teraz „Przechowalnię” poprowadzi moja córka, która wraca z urlopu macierzyńskiego. Piwnica wygląda bardzo ładnie, przytulnie. Jej wystrój zawdzięczam zaangażowaniu pracowników w prace adaptacyjne. Zapraszam wszystkich. Zobaczymy, jakie będą dalsze losy artystyczne naszej „łódzkiej” piwnicy.

 

 Hiller surrealista?
Aleksandra Talaga-Nowacka

 Upływający czas weryfikuje artystyczne dokonania. Bywa, że sławni twórcy stają się mniej popularni, a nieznani zyskują rozgłos. Podążając więc za aktualnymi tendencjami w odbiorze dzieł, nie zapominajmy o tych, którzy wywodzili się ze środowiska łódzkiego, a wpłynęli na rozwój polskiej sztuki.
Kontynuujemy cykl tekstów poświęconych wybitnym łódzkim artystom – zarówno docenianym, jak i tym nieco zapomnianym.
Tym razem przypominamy niezwykłą postać – Karola Hillera. W grudniu mija 70. rocznica jego śmierci. Był zagorzałym przeciwnikiem faszyzmu i właśnie za to hitlerowcy rozstrzelali go w lućmierskich lasach. Nie ma pewności, którego dokładnie dnia.

***
Z przedwojenną Łodzią związane były wielkie osobistości świata plastyki, w tym dwie szczególnie znaczące: Władysław Strzemiński – twórca teorii unizmu i Karol Hiller – wynalazca heliografiki. Wybitni przedstawiciele polskiej awangardy. Osobowości zbyt silne, by mogły zgodnie współpracować. To podobno konflikt między nimi spowodował, że Hiller został nieco odsunięty na bok. Strzemiński miał widać większe poparcie środowiska. Jego sława trwa niemal nieprzerwanie od mniej więcej osiemdziesięciu lat, podczas gdy sztukę adwersarza trzeba było po latach odkrywać na nowo. Tajemnica, która owiewa tę twórczość, tkwi również w tym, że wiele dzieł Karola Hillera przepadło – znana jest zaledwie część. A była to twórczość na tyle różnorodna, że ocena tego fragmentu może być tylko oceną cząstkową. To jednak wystarczy, by docenić geniusz łodzianina.
Trudno w to uwierzyć, oglądając prace Hillera, ale jego mistrzem podczas studiów w Kijowie był Michaił Bojczuk, malarz bizantynista, który wywarł tak duży wpływ na sztukę Jerzego Nowosielskiego. W tym samym czasie i miejscu zetknął się również ze skrajnie inną twórczością – z konstruktywizmem. A ten wpłynął na jego sztukę znacznie bardziej niż ikony – przynajmniej w sensie formalnym.
Na początku, po okresie realistycznym, Hiller malował kształty geometryczne, z czasem odchodził od nich ku obrazowaniu bardziej surrealistycznemu i „organicznemu”. Jego twórczość przez ćwierćwiecze ewoluowała, dojrzewała. Jako nowoczesny artysta budował świadome piękno, nie licząc na natchnienie.
Nigdy nie tworzył jednak prac formalistycznych, sztuki dla sztuki, ale zawsze odwoływał się do rzeczywistości – w kontraście do duchowego wymiaru dzieł – tej namacalnej (ludzkie ciało, maszyny, elementy astronomiczne), także społecznej. Ona go inspirowała.
Jego wynalazek – heliografika (nie mylić z heliografią) – to coś, czego dotąd nie było. Synteza sztuk. Połączenie malarstwa, grafiki, rysunku i fotografii – dające intrygujące efekty wizualne. Na przezroczystej kliszy artysta komponował kadr, malując i rysując. Potem odbijał go na papierze światłoczułym w skali 1:1. Dziś to właśnie heliografiki są najsłynniejsze w dorobku Hillera, i słusznie. Trudno powiedzieć, w jakich kategoriach Hiller traktował same klisze z kompozycjami. Dziś można je uznać za dzieła sztuki tej rangi, co odbitki, a nie tylko za etap produkcji. Klisza to negatyw dzieła, jego lustrzane odbicie, dodatkowa wartość artystyczno-merytoryczna, której być może autor nawet się nie spodziewał.
Wielkość Hillera polega również na tym, że w odpowiednim momencie – w okresie przemian mentalnych w latach 30., spowodowanych kryzysem gospodarczym i świadomością zbliżającej się wojny – umiał przestawić się na myślenie irracjonalne, podczas gdy np. Strzemiński upierał się przy racjonalizmie sztuki, typowym dla minionych lat 20. „To właśnie surrealizm odpowiada na potrzebę chwili, tworząc sztukę paralelną do aktualnej kultury wzrokowej społeczeństwa” – pisał Hiller. To był jego zdaniem pomysł na ratowanie modernistycznych idei. Jak zareagowałby na obecny kryzys?...


Kalejdoskop - magazyn kulturalny Łodzi i województwa łódzkiego

 

Numer - 7-8/2009

 

 

Śmiechowisko
W wakacje należy się śmiać i relaksować! Sięgnęliśmy zatem po zabawne teksty i obrazki z naszych archiwalnych numerów – a podpisywał się pod nimi nie byle kto (świetny aktor Mieczysław Voit, świetny rysownik Andrzej Mleczko i inni)… Satyryk Michał Jagiełło zebrał to w całość i okrasił własnymi tekstami. Ubaw po pachy! („Nasze wojeŁództwo”).

 

Czczą mistrza
Czesał największe gwiazdy filmu i estrady. Wraz z Coco Chanel zrewolucjonizował kobiecy wizerunek. Krajanie pamiętają o mistrzu fryzjerstwa Antonim Cierplikowskim, zwany Antoine’em – od tego lata będzie miał w Sieradzu swój festiwal! Zapowiadane jest m.in. bicie rekordu świata w liczbie osób jednocześnie stylizowanych. A w przyszłości powstanie muzeum Antoine’a… Brawo! („Wyczesany festiwal”).

 

Dobry romans nie jest zły
Podejrzewana o słabość do melodramatów, wielbicielka Felliniego, nielubiąca oceniać polskich produkcji (bo nie mają puenty, a poza tym reżyserzy się obrażają) profesor PWSFTViT, Maria Kornatowska, została uznana przez PISF za najlepszego w Polsce krytyka filmowego roku („Romanse i papierosy”).

 

Innowator
Realizm w sztuce uważany jest na ogół za przejaw artystycznego zacofania, ale bywa i nowatorski. Świetny łódzki artysta, Jerzy Krawczyk, realistyczną metodą wypracował coś, co powszechnie zaczęło funkcjonować w sztuce dopiero 20 lat później – rodzaj „protopostmodernizmu”… („Mona Lisa za skrzydełkami”).

 

Pan na SŁUPIE
Jedni go wielbią, inni nie znoszą. Parę lat temu w ankiecie sondującej, kto powinien zostać prezydentem Łodzi, wyprzedził Jana Machulskiego i Krzysztofa Krawczyka. „Pan w meloniku” – Marcel Szytenchelm – świętuje 25-lecie założonego przez siebie Zespołu Teatralnego „Słup” („Rozsądny wariat”).

 

Jarosław Redlicki
Wyczesany festiwal
Sarah Bernhardt, Joséphine Baker, Edith Piaf, Brigitte Bardot a nawet Eleonora Roosevelt. Choć z wyglądu przypominał raczej Woody'ego Allena, był jedynym mężczyzną, którego woli wszystkie te gwiazdy były całkowicie posłuszne. Każdy dotyk zwinnych palców Antoine’a czynił je jeszcze bardziej kobiecymi.
Zwany był fryzjerem królów i królem wśród fryzjerów. Czesali się u niego monarchowie i największe sławy show-biznesu przełomu XIX i XX wieku. To on z fryzjerstwa uczynił sztukę: właściwą ondulację, odczytując z rysów twarzy charakterologiczne cechy swoich klientek, na szeroką skalę wprowadził lakiery i farby do włosów, a spod jego palców wychodziły prawdziwe cudeńka.
W tym roku mija sto lat od pierwszego radykalnego skrócenia kobiecych włosów i wprowadzenia mody na fryzurę garson, którą Antoine lansował razem z Coco Chanel, wpisując się w nurt emancypacyjnych przemian społecznych i kulturowych.
Do Antoine’a należało ponad sto dwadzieścia salonów fryzjerskich w USA i kilkadziesiąt w Europie, a ich wnętrza urządzał słynny rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Z czasem Antoine zaczął również projektować kapelusze, kostiumy i peruki do oper. Jako jedyny fryzjer na świecie odznaczony został francuską Legią Honorową.
Naprawdę nazywał się Antoni Cierplikowski i pochodził z Sieradza, do którego powrócił pod koniec życia, porzucając Paryż, Nowy Jork i Londyn.
W Sieradzu w dniach 17–19 lipca odbędzie się Open Hair Festival. Projekt, z którym wiązane są nadzieje na wykreowanie nowego wizerunku miasta, narodził się w Urzędzie Miasta dwa lata temu. – Analizy wykazały, że opieranie promocji na wielowiekowych tradycjach Sieradza nie przynosi należytych efektów. Stawiamy więc na to, co wyróżnia nas wśród miast promujących się przez eksponowanie swej historii: na nietuzinkową postać Antoine`a Cierplikowskiego, uznanego za jednego z pięciu najwybitniejszych fryzjerów w całej wielowiekowej historii tego zawodu – tłumaczy Mariusz Wróbel, kierownik Referatu Promocji. – Rewolucyjne rozwiązania, które zapoczątkował przed stu laty, dziś są standardem. Gdyby przyrównać go do kogoś z wielkich współczesnych, to chyba do Gianniego Versace – obaj byli równie nieszablonowi, trendy wyznaczali na całe pokolenia, współpracowali z najwybitniejszymi postaciami swojej epoki. Jesteśmy dumni, że w Sieradzu chciał spędzić ostatnie lata życia. Tu przemyśliwał projekty, które miały wesprzeć młodych w rozwijaniu ich pasji.
Jeden z nich to organizowany do dziś Ogólnopolski Konkurs Uczniów Fryzjerstwa im. Antoine`a Cierplikowskiego. W jego pierwszej edycji dyplomy dla zwycięzców zdążył jeszcze podpisać sam Mistrz. Tego lata konkurs odbędzie się już po raz dwudziesty piąty – w ramach Sieradz Open Hair Festival. Na program festiwalu składają się ponadto: półfinał Konkursu Piękności Miss Polski, koncerty Jaya Delano, Ingrid i Davida Tavare, pokazy mistrzów fryzjerstwa (m.in. mistrzyni świata Marii Korzeniowskiej), których modelami będą znani aktorzy telewizyjni. Ciekawie zapowiada się bicie rekordu świata w liczbie osób jednocześnie poddawanych stylizacji fryzur. – Planujemy, że w zabawie weźmie udział tysiąc osób, z czego połowa będzie stylizowana, a druga pobawi się w stylistów – wyjaśnia Wróbel. Ulokowanie imprez w przestrzeni miejskiej ma wyeksponować najciekawsze miejsca Sieradza.
Festiwal to pierwsza część wieloletniego projektu, zakładającego wybudowanie muzeum poświęconego Cierplikowskiemu (sporo pamiątek po „Antku” przekazała rodzina, która od początku wspiera pomysł), galerii, gdzie prezentowane będą eksponaty związane z historią i przemianami sztuki fryzjerskiej oraz stylizowanego kawiarnio-klubu, który na zasadzie franszyzy mógłby rozwinąć się w całą sieć lokali. W planach jest także seria wydawnictw popularyzująca całą ideę.
Sieradz Open Hair Festival finansowany jest z budżetu miasta i dzięki wpływom od sponsorów, ale patronatem objął imprezę także marszałek województwa. – W tym roku chcemy przede wszystkim zaistnieć w świadomości mieszkańców regionu, przypomnieć Polsce postać Antoine’a oraz przekonać sieradzan, że ten projekt w perspektywie kilku lat może przynieść miastu korzyści. Już niebawem podejmiemy starania o pozyskanie środków unijnych na kolejne edycje festiwalu. Udowodnimy, że Sieradz to miejsce ciekawe, z własną silną tożsamością, które ma na siebie pomysł i skutecznie go realizuje – uważa Wróbel.

 

Romanse i papierosy
Trochę nerwowa rozmowa z naszą felietonistką, prof. MARIĄ KORNATOWSKĄ*

Maria Kornatowska: – Na wstępie chcę złożyć oświadczenie, że nie mam żadnych układów w PISF, nie wiem, kto zasiada w kapitule nagrody, ale z przecieków wiem, że przeszłam jednogłośnie...
Kalina Jerzykowska: ...co oznacza, że nagroda się Pani należała?
– Do tak daleko idących wniosków bym się nie posuwała.
Ale jest to wyróżnienie istotnej wagi?
– Z pewnością. Toteż ze względu na wątłość moich przegubów powierzyłam przewiezienie statuetki przedstawiającej X Muzę do Łodzi dyrektorowi Muzeum Kinematografii, Mieczysławowi Kuźmickiemu, który z misji tej wywiązał się bez zarzutu.
Krytykę filmową uprawia Pani głównie na łamach miesięcznika Kino, który to periodyk jako całość był laureatem tej nagrody rok temu. Czy to oznacza, że kategoria „krytyka filmowa” jest zarezerwowana dla Kina właśnie?
– Nie sądzę, ale dołożę starań, żeby ta nęcąca teoria potwierdziła się w praktyce.
Czy woli Pani pisać o filmach, które Pani lubi, czy o tych, których Pani nie lubi?
– Zdecydowanie o tych, które lubię, bo, jak powszechnie wiadomo, jestem osobą niesłychanej łagodności. I dlatego wolę pisać o filmach zagranicznych niż o naszych rodzimych. Żeby uniknąć pretensji.
I udaje się?
– A skąd! Mam to nieszczęście, że od czasu do czasu zapraszają mnie do jakiegoś jury i kiedyś pewien twórca, któremu jury z moim udziałem nie przyznało nagrody, przez dwa lata nie mówił mi dzień dobry.
A teraz mówi?
– Mówi, bo udało mi się zasiąść w innym jury, które mu nagrodę przyznało. Z kolei podczas tegorocznej, bardzo skądinąd sympatycznej, uroczystości wręczenia nagród PISF moje wystąpienie poprzedzono dowcipnym materiałem filmowym, w którym krytyków nazwano pasożytami i zarzucono im, że zdradzają widzom puentę filmu, zanim ci zdążą wybrać się do kina. A przecież polskie filmy puenty nie mają, o czym w swej naiwnej szczerości poinformowałam zebranych...
Niedobrze. Wróćmy do filmów, które Pani lubi. Wyznam, że na podstawie wieloletnich obserwacji podejrzewam Panią o słabość do melodramatów.
– Lubię kino romantyczne... Co niekoniecznie oznacza melodramat. I niekoniecznie romans, choć dobry romans, a nawet parę, nigdy kinu nie szkodzi.
Mnie najbardziej podobają się filmy romantyczne z udziałem papierosów. Na przykład Romanse i papierosy Turturro.
– Ale tu nie wolno palić...
Niestety. Kawa i papierosy Jarmuscha, Good Night and Good Luck Clooneya też są fajne... Bo papierosy są bardzo fotogeniczne.
– Filmogeniczne nawet. I romantyczne... W ogóle to, co szkodliwe, jest romantyczne. Pożyteczne mniej. Ale i w dziedzinie nikotynizmu kino zagraniczne ma przewagę nad polskim. U nas majster na budowie lub menel pod budką, z petem zwisającym z kącika ust, a u takiego Godarda na przykład – oglądałam ostatnio, nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni, film Kobieta jest kobietą. Ten Brialy, Belmondo – jak oni palili! A kino radzieckie! Te „papirosy” (nie mylić z „sigaretami”!) z zadziornie, fantazyjnie wygiętym munsztukiem...
No... Paliłam kiedyś „biełomorkanała”... Mocna sprawa. Wróćmy do kina. Wiadomo, że jest cała pula filmów, którą z racji zajęć ze studentami szkoły filmowej musi Pani oglądać wielokrotnie...
– Nie muszę, ale chcę, bo to ja tę pulę tworzę. I dbam o to, żeby znalazły się w niej filmy, które lubię oglądać i o których mogę i lubię rozmawiać na okrągło.
Rekordzista?
– Nie jestem tak do końca stała w uczuciach, ale pewnie jednak Dworzec dla dwojga Riazanowa z niezrównaną Ludmiłą Gurczenko.
U nas też kiedyś wolno było palić na dworcach... To co? To może ja teraz pogratuluję Pani nagrody i pójdziemy sobie trochę pospacerować przed kawiarnią. A o Fellinim porozmawiamy innym razem.
– Może być.

*laureatka tegorocznej nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Krytyka filmowa”.

 

Mona Lisa ze skrzydełkami
Aleksandra Talaga-Nowacka

Upływający czas weryfikuje artystyczne dokonania. Bywa, że znani twórcy stają się mniej popularni, a zupełnie nieznani zyskują rozgłos. Podążając więc za aktualnymi tendencjami w odbiorze dzieł, nie zapominajmy o tych, którzy wywodzili się ze środowiska łódzkiego, a wpłynęli na rozwój polskiej sztuki.
Zaczynamy cykl tekstów poświęconych wybitnym łódzkim artystom – zarówno docenianym, jak i tym nieco zapomnianym.

Jerzy Krawczyk – ilu osobom mówi coś to nazwisko? To jeden z najwybitniejszych łódzkich malarzy, ale nie jest tak znany ani ceniony jak Władysław Strzemiński, Antoni Starczewski czy Karol Hiller. Może dlatego, że nie był tzw. artystą nowoczesnym – choć rozwiązania, jakie stosował, nowoczesne były. Może dlatego, że był tzw. realistą – a realizm kojarzy się z obrzydłym socrealizmem lub artystycznym zacofaniem…
Może gdyby tworzył do dziś, byłby bardziej popularny – niestety, 40 lat temu, dokładnie 5 lipca, zdecydował, że nie chce dłużej żyć. To był ten straszny rok 1969, w którym polska kultura poniosła wielkie straty – tragicznie zmarli: Krzysztof Komeda, Marek Hłasko, Bogumił Kobiela...
Krawczyk tworzył przez ponad 20 lat. W tym czasie jego twórczość przeszła szlak zachodniej sztuki XIX i XX wieku. Może artysta uważał, że musi go przebyć, żeby dojść do własnej drogi… Są w jego obrazach nawiązania do impresjonizmu, ekspresjonizmu, surrealizmu, konstruktywizmu czy pop-artu. Trafił tym tropem do miejsca, którego współczesna mu sztuka jeszcze nawet nie przeczuwała – do czegoś w rodzaju „protopostmodernizmu”. Kicz, zabawa, pastisz, wykorzystywanie elementów sztuki dawnej, pozbawianie rzeczy ich naturalnego kontekstu, puszczanie oka do widza – to wszystko w jednym zestawieniu pojawiło się w sztuce dopiero za około 20 lat!
Dziś patrzymy na te obrazy raczej jako na ciekawostkę niż jako na odkrywcze dzieła, ale za życia Krawczyk był doceniany – w 1967 r. reprezentował Polskę na Biennale Sztuki w São Paulo, chwalili go krytycy, choć akurat nie za to, co było w jego pracach najbardziej nowatorskie. Razem z innymi polskimi realistami (był uważany za najciekawszego z nich) corocznie, od 1962 r., wystawiał w warszawskiej Zachęcie. A z grupą realistów łódzkich – na zbiorowych wystawach w całym kraju. Razem z nim do owej grupy należeli m.in. Benon Liberski i Wiesław Garboliński, a także żona, Barbara Szajdzińska-Krawczyk.
Malarstwem opowiadał o sobie, raczej z przekąsem: był grubym Jurkiem, Jurkiem bez twarzy, przypadkowym mordercą z „Myszy i ludzi”, Quasimodem.
Sztuka Krawczyka bywała autotematyczna; na płótnie malował ramy, podobrazie, nawet tył obrazu. Wypracował koncepcję „realizmu przestrzennego” – wiernie odwzorowane przedmioty umieszczał w umownej przestrzeni.
Polemizował z dziełami poprzedników, albo raczej odwoływał się do ich masowej popularności: zminiaturyzowanej Mona Lisie dorabiał skrzydełka, a warholowskie puszki z sokiem (nie zupą) pomidorowym stawiał wśród wiszących kwadratów. Stosował symbole, metafory, napisy, dodawał rupiecie: sznurki, narzędzia, wycinki prasowe, naklejki. Można chyba uznać jego twórczość za przejaw sztuki konsumpcyjnej – niezbyt rozpowszechnionej w Polsce. Tutaj, w przeciwieństwie do Zachodu, nie cierpiano na nadmiar dóbr. Za to jeszcze bardziej niż demokratyczne społeczeństwa dotyczyła nas problematyka masowego reprodukowania zachodnich dzieł sztuki – które znaliśmy wyłącznie ze zdjęć. Na to reagował Krawczyk, dopinając owe namiastki do ram obrazu. Z tym, że ani reprodukcja, ani rama, ani też pinezki nie były prawdziwe. Zreprodukowane reprodukcje – bardziej już sztuki od sztuki oddalić nie można.
Malarstwo Krawczyka powstawało zawsze jako reakcja na otaczający świat, pod wpływem zarówno kultury wysokiej, jak i popularnej, a także historii (nie tylko sztuki). Konsekwentnie się rozwijało – do jakiego punktu by doszło, gdyby artysta żył kilkadziesiąt lat dłużej?...


 


 

BIP