Region Kultury

Kaledoskop

Reymont

Wydawnictwo Kwadratura

Wytwórnia

Numer 7-8/2005

 

 

"Kalejdoskop" nr 7-8/2005
Informator Kulturalny i Turystyczny Łodzi i województwa łódzkiego

 

W końcu nastał czas urlopów, relaksu i podróży. Co zrobić, żeby i do naszego miasta ściągały w wakacje rzesze turystów - zastanawia się Michał Jagiełło ("Bez obwarzanka"). Może organizować przedsięwzięcia kulturalne o szlachetnym przesłaniu, takie jak Festiwal Dialogu Czterech Kultur? Z Ryszardem Maciejem Okuńskim, dyrektorem tegorocznej, czwartej już edycji, rozmawiamy o tym, jak wielką szansą dla Łodzi byłoby wypromowanie tej imprezy w świecie. Bo przecież na festiwalach, jeśli są perfekcyjnie zorganizowane, można zarabiać... ("Sztuka bez granic")

Zarabiać można a nawet trzeba na turystyce - zapewnia Zbigniew Frączyk, dyrektor biura Regionalnej Organizacji Turystycznej, wskazując największe atuty naszego województwa ("Oferta"). O tym, że mamy "Piękny region" przekona nawet największych niedowiarków nasz specjalny dodatek na lato. Ryszard Bonisławski poleca wyprawę do arboretum w Rogowie, gdzie zobaczymy niemal 2400 gatunków i odmian drzew, w tym największą i najbogatszą w Polsce kolekcję klonów. Dla miłośników dziewiczej, niezagospodarowanej ludzką ręką przyrody idealnym miejscem na wypoczynek będzie teren wokół zbiornika Jeziorsko. Przy okazji warto odwiedzić pobliską Wartę, w której zainaugurowany zostanie tegoroczny Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej "Kolory Polski" ("Warta dużo warta"). A może "Wakacje w Borkach"? Drink-Bar w stylu rybackim, tor do minigolfa, zloty muzułman, festiwal kuchni turystycznej - to zaledwie kilka z atrakcji tego malowniczo położonego nad Zalewem Sulejowskim ośrodka wypoczynkowego.

Dla prawdziwych pasjonatów jest i XIX-wieczna chałupa kryta strzechą, w której mieszka... dyrektor ośrodka, Hieronim Nawrocki! Klimaty jak z Czechowa, tyle że z żubrami w tle - czekają na turystów w Spale, do której najlepiej wybierać się własnym transportem... ("Zielona szkoła historii") Żubry spotkamy także w pobliskich Smardzewicach. Te delikatne zwierzęta są dziś prawdziwą rzadkością, w Ośrodku Hodowli Żubrów jest ich zaledwie 16, ale wieść niesie, że niedługo "Będą małe". A kiedy zmęczeni tyloma atrakcjami zapragniemy chwili spokoju i kontemplacji - najlepiej odwiedzić średniowieczne opactwo w Sulejowie-Podklasztorzu. Cystersi chętnie pokażą legendarne lwy, mistyczny kapitularz a nawet miejsce, gdzie w XIII wieku stacjonowali templariusze ("Z wizytą w opactwie").

Jeśli natomiast przyjdzie nam spędzić lato mieście to powinny to być "Wakacje bez nudy". Jak co roku czynny będzie "Teatr przy kawie", czyli Letnia Scena Forum. Gdzie szukać schronienia przed upałami podpowiedzą studenci Uniwersytetu Łódzkiego ("Uff, jak gorąco..."). Dlaczego "Lawstorant" nie dostanie nagród i zostanie... zniszczony przez prasę - zdradza Mikołaj Haremski, reżyser filmu ("Tęsknota za porządkiem"). A może by się tak zapisać do księgariuszy - najbardziej jawnej z tajnych organizacji? ("List do Marii w sprawie księgariuszy") Albo wybrać w historyczną podróż "Tramwajem za... 8 kopiejek"? Pamiętajmy, że tego lata wypada nam błyszczeć w iście gwiazdorskim wydaniu! ("Lśnienie, iskrzenie...")

Polecamy także nasze dwumiesięczne tym razem kalendarium - repertuar muzeów, galerii, domów kultury i muzycznych festiwali w Łodzi oraz województwie. Kulturalne wakacje planuj z lipcowo-sierpniowym "Kalejdoskopem"!

 

Michał B. Jagiełło
Bez obwarzanka

Letnie wojaże bywają bardzo pouczające. Człowiek snuje się z tacką smażonej ryby po Gdańsku albo z obwarzankiem po Krakowie i porównuje bieżące obserwacje z obrazkami z rodzinnego miasta. U nas jest inaczej - konstatuje. W przypadku Łodzi niestety często "inaczej" równa się "gorzej" albo "brzydziej". Na przykład mury. W Krakowie mury szacownych kamienic są czyste. Może miejscowi grafficiarze z racji kilkusetletniego stania darzą je respektem, a może krakowskim centusiom szkoda pieniędzy na farbę? Nie wiem, ale szczęka mi opadła na widok miasta czystego, zadbanego i pozbawionego wszelkich paskudztw. W Warszawie z kolei domorośli malarze po(d)pisują się najwyżej na ścianach licznych tuneli i wiaduktów, przy czym ich dzieła to nie ordynarne napisy połączone z popisem braku znajomości ortografii, ale całkiem przyjemne dla oka fantazje graficzno-kolorystyczne.

Atrakcje turystyczne Krakowa przelicytowują absolutnie wszystko. Całe miasto intensywnie pracuje nad kształtowaniem tzw. imydżu. Pod Sukiennicami koncertuje orkiestra dęta. Po starodawnym bruku dudnią kopytami konie dorożkarzy. Jeździ nawet prawdziwa kareta. W każdej bramie roi się od kafejek, sklepików, straganów, jakichś wnęk pełnych najdziwniejszego towaru od kopii Szczerbca po miniaturowe sarkofagi królewskie z Wawelu. Widziałem nawet sklep z autentycznymi pilotkami skórzanymi - sam nosiłem taką w dzieciństwie i uważałem ją za szczyt paskudztwa. A tu - proszę, w sklepiku kłębił się tłum klientów, najprawdopodobniej posiadaczy motocykli. O znaku rozpoznawczym Krakowa, czyli obwarzankach, lepiej nie mówić. Kolejnym zdumieniem były tramwaje - stare lub stylizowane na stare, ale bezwzględnie czyste. Aż lśniące. Nikt im nie harata szyb ostrym narzędziem, nie smaruje mazakami po siedzeniach. W Warszawie tramwaje nie są tak porywające, choć też czyste. Jeżdżą za to zbyt szybko jak na gust przybysza z niewiele, ale jednak mniejszego miasta.

Łódź nie ma obwarzanków, eleganckich tramwajów i krętych uliczek, pełnych galerii i cukierenek. Nie ma jakiegoś wyraźnie zaznaczonego centrum, takiego miejsca, w którym turysta mógłby spędzić cały dzień i nie odczuwać potrzeby dalszej wędrówki. Z krakowskich Sukiennic, warszawskiej Starówki czy gdańskiego Długiego Targu nie chce się wychodzić. W Łodzi jest Piotrkowska. Za długa i zbyt monotonna w swej piwno-ogródkowej obfitości, żeby turysta się nią nie znudził. Sklepy są ciekawe, ale żeby je obejrzeć, trzeba wędrować trzy-cztery kilometry. W przyległych uliczkach nic się nie dzieje. Czy ul. Nawrot zaimponuje komuś, kto w Krakowie wędrował przez Kazimierz zaułkiem o wdzięcznej nazwie - za przeproszeniem - Kupa? Na końcu Kupy dotarłem do przesympatycznej restauracji. Gdyby podobny przybytek zbudować na końcu naszego Nawrotu, nikt by tam nie dotarł. Trzeba by zbudować w Łodzi jakiś ośrodek turystycznej ciężkości. Gdzie i jak - nie mam pojęcia. Pomyślę. Po powrocie z wakacyjnej wędrówki. Oczywiście.

 

... a może by tak do Tomaszowa?
Rozmowa ze Zbigniewem Frączykiem, dyrektorem biura Regionalnej Organizacji Turystycznej w Łodzi

Maria Sondej: - Jeszcze jedna instytucja zajmująca się turystyką???

Zbigniew Frączyk: - Polska Organizacja Turystyczna została powołana pięć lat temu, jako partner konieczny do rozmowy o turystyce z innymi państwami. Potem powstały Regionalne Organizacje Turystyczne, działające na szczeblu województw. W Łodzi pracujemy dopiero od stycznia 2004 roku i reprezentujemy całą turystykę w regionie, zrzeszając ludzi i instytucje, które wstąpiły do nas dobrowolnie. Nie jesteśmy biurem podróży ani agencją; skupiamy tych, którzy widzą interes w promocji turystycznej regionu, lecz nie zawsze potrafią robić to skutecznie. Staramy się im pomóc, promując walory turystyczne, pozyskując środki na rozwój turystyki, zarówno z funduszy polskich, jak i unijnych. Opiniujemy także wszelkie wojewódzkie projekty prawne w zakresie turystyki, na przykład plany rozwoju czy promocji; mamy w tym względzie ważny głos doradczy.

W praktyce wygląda to tak, że dzięki nam promocyjne projekty opracowywane są i realizowane za wspólne pieniądze. Każda z instytucji ma ich niewiele, ale włożone do jednej kasy dają możliwość rozsądnego spożytkowania. Może to być, na przykład, wydany w dużym nakładzie i w kilku językach profesjonalny, wielobarwny druk reklamowy, który będzie bardziej skuteczny niż szarobura ulotka finansowana przez mały samorząd gminny.

A tak na marginesie: trudno uwierzyć, ale przewodnik turystyczny województwa łódzkiego, czarno-biały i bez zdjęć, ukazał się� ponad 30 lat temu, w 1972 roku! Najwyższy czas, by powstał nowy. Przygotowując się do jego wydania opublikowaliśmy trzy miesiące temu "Największe atrakcje turystyczne Łodzi i regionu łódzkiego". Na bazie tego i paru innych wydawnictw trwają prace nad pełnym przewodnikiem, którego zadaniem będzie pokazanie, że region łódzki ma wiele atrakcji turystycznych.

- Jakich?

- Nie mamy gór i nie mamy morza, ale mamy wszystko inne. Ładne rzeki z możliwością organizowania spływów, dwa zalewy: Sulejów i Jeziorsko. Zabytki gotyckie, sięgające początków naszej państwowości. Wiele imprez kulturalnych oraz dobrze zachowany i żywy folklor. Żywy nie znaczy, że XIX-wieczny w formie. Dziś twórca ludowy nie musi rzeźbić świątków siedząc w lnianych portkach, wielu młodych ludzi kontynuuje tradycje rodzinne mając na sobie dżinsy. Czy przez to efekt ich pracy jest mniej autentyczny, niż ojców czy dziadów?

Choć i województwo, i Łódź są bardzo ciekawe, przez lata "pracowaliśmy" na opinię regionu nieatrakcyjnego turystycznie. Teraz trudno jest tę opinię zmienić, tym bardziej że trudno do nas dotrzeć. Nie mamy porządnych dróg, nie mamy lotniska, kolej też nie funkcjonuje najlepiej. Tymczasem bez dobrych połączeń nie mamy co liczyć na przyjazd turystów, poza niewielką, wręcz niszową grupą pasjonatów. W tej dziedzinie mamy ogromne zaległości.

Nie wykształciliśmy również tego, co ja nazywam "produktem turystycznym". Chodzi o traktowanie turystyki jako biznesu, a nie jako dobra socjalnego, do czego się przez lata przyzwyczailiśmy.

- Czy to takie ważne?

- Bardzo ważne! Bo turystykę trzeba traktować jako produkt, który ma dostarczać państwu pieniądze. Notabene całkiem spore. Według danych statystycznych Instytutu Turystyki, w 2003 roku dochody z turystyki były w Polsce czwartym źródłem wpływów do budżetu państwa; region łódzki w tym samym czasie był pod względem liczby turystów na szóstym miejscu w kraju. To nie jest źle. Ale może być lepiej.

Bo atrakcje, jakie mamy, trzeba umieć sprzedać. Jak zachęcić Anglika do przyjazdu na wypoczynek w siodle właśnie do nas, choć może to znaleźć w różnych regionach? Trzeba mu zaproponować coś więcej. Powstałe niedawno w województwie Stowarzyszenie Turystyki Konnej skupia ponad 150 gospodarstw, ale kto się zna na koniach, niekoniecznie zna się na promocji, nie musi wiedzieć, jak trafić do potencjalnych klientów i jak "się sprzedać". Właśnie tego staramy się nauczyć współpracujące z nami instytucje, tworząc platformę do rozmów, choćby w celu wspólnych starań o pieniądze. Naszą rolą jest tych kontaktów inicjowanie.

- Może pan podać przykład czegoś, co udało się wam zainicjować?

- Mówiłem o przygotowaniach do wydania przewodnika po regionie. Warto też wspomnieć o największych w świecie targach turystycznych w Berlinie, w których Łódź od wielu lat uczestniczy. Zawsze miała tam maleńkie, siermiężne stoisko; teraz, gdy przejęliśmy koordynację, to stoisko ma nie cztery metry kwadratowe, ale 40, a na dodatek wysłaliśmy do Berlina rozmaite zespoły, zorganizowaliśmy prezentacje. Było to możliwe dlatego, że złożyliśmy na jedną kupkę pieniądze przeznaczone na targi przez poszczególne miasta, hotele, biura turystyczne a także samorząd województwa. Razem mogliśmy urządzić duże, zauważalne stoisko, zrealizować promocyjne filmy, doprowadzić do spotkań prezydenta Łodzi z władzami Berlina. To można było zrobić dopiero wtedy, gdy wszyscy zainteresowani spotkali się u nas i doszli do wniosku, że wspólna promocja jest korzystna dla wszystkich.

- Ciągle mówimy o tym, jak najlepiej promować nasz region, a nasi czytelnicy chcieliby się dowiedzieć, co na naszym terenie jest godne promocji.

- Na pewno warto popularyzować cały powiat tomaszowski. Ze Spałą włącznie, o której istnieniu niby wiemy, ale tę wiedzę trzeba "odkurzyć", bo cała oferta Spały jest interesująca: od ścieżek rowerowych do imprez kulturalnych, a bliskość Łodzi zachęca do przyjazdu. Znakomite propozycje ma powiat wieruszowski. I ścieżki rowerowe, jak w okolicach Tomaszowa, i świetne gospodarstwa turystyczne, z pełną i rozmaitą ofertą: nie tylko spanie i jedzenie, ale także bryczki, konie, grzybobranie, place zabaw dla dzieci, wędkowanie. Pełny produkt. Warto wiedzieć, że okolice Wieruszowa to najatrakcyjniejsze w województwie tereny dla myśliwych.

Od niedawna trzeba promować Bełchatów i region bełchatowski. To nie tylko robiąca wrażenie największa w Europie dziura w ziemi, ale i to, co się dzieje wokół zagospodarowanych hałd, choćby pierwszy w województwie łódzkim prawdziwy wyciąg narciarski. W tym roku, poza łodzianami, zjechało tam wielu mieszkańców Warszawy i Poznania.

Jeszcze Łęczyca, której burmistrz postawił na turystykę, zainicjował nowe, świetne imprezy - choćby pomysł na licytację zamku dla Jurka Owsiaka, turnieje rycerskie, pokazy walk nad Bzurą. Pięknie odnawiane jest łęczyckie stare miasto, już widać tego efekty: elewacje, nowe latarnie, wymieniony bruk. Zaczyna to być kolorowe, eleganckie miasteczko, z prężnie działającą informacją turystyczną.

Skierniewice. Warte jest wypromowania z powodu ogromnej imprezy: odbywającego się we wrześniu Święta Owoców i Warzyw, czyli dożynek ogrodniczo-sadowniczych. W ubiegłym roku na te trzy dni przyjechało do Skierniewic ponad 150 tysięcy osób. Zrealizowany z tej okazji program telewizyjny zrobił na widzach wielkie wrażenie, po emisji urywały się telefony od ludzi zainteresowanych imprezą. W tym roku przyjedzie ich zapewne jeszcze więcej; coś zjedzą, coś wypiją, coś kupią. Czy to nie napędza miastu koniunktury? A przecież są tam także inne walory. Gościliśmy niedawno cudzoziemca, miłośnika starych kolei, który był zachwycony tym, co znalazł w Skierniewicach i w Rogowie. Warto takie miejsca ratować.

Kutno. Mało znana jest informacją o istnieniu w tym mieście ośrodka gry w baseball. To więcej niż ciekawostka - Kutno jest jedynym miejscem w Europie, które spełnia wymagania amerykańskich graczy, więc przyjeżdżają tu całymi rodzinami, by w Kutnie pograć. Czy to nie jest warte "zagospodarowania"? Rozmawiamy z kutnowską promocją, żeby wokół bazy do baseballa opracować cały "produkt turystyczny". A może udałoby się skusić do wyjścia poza obiekt gości, mieszkających w hoteliku przy boisku? W czasie największego nasilenia przyjazdów powinny odbywać się w mieście rozmaite imprezy, powinny być organizowane wycieczki, a obecność cudzoziemców powinna uwzględniać oferta handlowa i gastronomiczna. Władzom miasta musi zależeć, żeby baseballiści chcieli zostawić w Kutnie trochę pieniędzy.

Kutno ma jeszcze jeden potencjalny walor: organizowane od 30 lat Święto Róży. To może być przecież wizytówka miasta, które większości Polaków kojarzy się tylko ze starym, brudnym dworcem kolejowym. Takie święto jest doskonałym punktem wyjścia do budowania tożsamości miasta i Kutno z tego zaczęło korzystać. W czasie tegorocznych Targów Turystycznych w Łodzi, które odbywały się w marcu, stoisko Kutna tonęło w różach, a gospodarze rozdawali zaproszenia na "różany festyn", organizowany dopiero jesienią. Jestem pewien, że wiele osób skorzysta z tego zaproszenia. I jestem pewien, że kutnowianie zrozumieją, jaka to dla ich miasta szansa. Zgierz ma jeża, może Kutno wypromuje jakiś wyróżniający je gadżet?

- Czyli bywa i tak, że uświadamiacie włodarzom rozmaitych miejscowości, co na ich terenie jest warte "sprzedania"?

- Tak, bo to bardzo ważne. Statystyki podają, że każdy turysta przyjeżdżający do Łodzi zostawia tu 136 dolarów. To niewiele w porównaniu z 1500 dolarami wydawanymi przez jednego turystę w Hiszpanii, ale dla nas to i tak duża kwota. Tymczasem naszej branży ciągle się nie docenia. Co turysta może u nas kupić? Co może zobaczyć wieczorem? W Łodzi wszystkie teatry są latem pozamykane, a muzea kończą pracę o godzinie 13. Podobnie jest poza Łodzią. Niedawno w drodze z Warszawy do Łodzi wstąpiłem do pewnego muzeum z grupą belgijskich dziennikarzy, którzy chcieli tam zrobić zdjęcia. Kierownik placówki, zamiast się ucieszyć z takiej szansy i zachęcić gości do pisania o tym miejscu, zażądał wysokiej opłaty za prawo fotografowania! Ręce opadają. Chęć zarobku to nic zdrożnego, ale my często chcemy zarobić w głupi sposób.

Konkludując: jeśli będzie można do nas przylecieć lub dojechać przyzwoitymi drogami, to turysta będzie musiał mieć na co wydać swoje pieniądze. Czyli trzeba przygotować ofertę, bogatą i zróżnicowaną. Gdy turystykę zaczniemy traktować jako przemysł, to wreszcie zaczniemy na niej zarabiać.

Na razie mamy pierwszy w regionie certyfikat turystyczny. Nie jest to obiekt, ale impreza: Festiwal Dialogu Czterech Kultur. Przez lata w stosunku do propozycji z łódzkiego pokutowała formułka: "nie stwierdza się w Łodzi i w regionie obecności produktu turystycznego". Teraz ten produkt już mamy. Na razie jeden, ale mam nadzieję, że będą i następne.

 

Teatr przy kawie
Rozmowa z Andrzejem Czernym, pomysłodawcą i dyrektorem Letniej Sceny Forum

 

Monika Pietras: - Szóstego lipca w Śródmiejskim Forum Kultury tradycyjnie już rusza Letnia Scena Forum, która przez całe wakacje zaprasza miłośników teatru na kameralne spektakle. Co tym razem ma do zaproponowania?

Andrzej Czerny: - Repertuar będzie urozmaicony. W programie znajdą się i widowiska muzyczne, i pozycje bardziej awangardowe, jak choćby najnowsze dzieło Bogusława Schaeffera "Skala" w wykonaniu teatru "Aurea Porta" z Warszawy. Znajdzie się też miejsce dla dobrego kabaretu - zaprosiliśmy Grupę Rafała Kmity, która po raz pierwszy w Łodzi pokaże swój kultowy spektakl pt. "Wszyscyśmy z jednego szynela", a także wybór najlepszych scen z innych programów. Miłośników twórczości Erica Bogosiana ucieszy wiadomość, że w programie znajdzie się inscenizacja nieznanego tekstu tego autora - "Zwierzenia pornogwiazdy". Będą one uzupełnieniem tryptyku znanego widzom z desek Teatru im. Stefana Jaracza. Pokażemy też adaptację ukraińskiej powieści "Perwersja". Jej autor, Jurij Andruchowicz, to gorące nazwisko współczesnej literatury, jest nawet wymieniany jako ewentualny kandydat do literackiej Nagrody Nobla.

- W jaki sposób dobierany jest repertuar?

- Lato to czas relaksu, więc nie gramy Becketta czy Strindberga, ale też nie proponujemy widowisk wyłącznie lekkich, łatwych i przyjemnych. Wybieramy spektakle łączące w sobie wakacyjny luz z głębszą refleksją. Nie zawsze możemy zaprosić wszystkich, których byśmy chcieli. Niestety, wciąż dużą rolę odgrywają względy ekonomiczne, choć staramy się pogodzić je z zachowaniem odpowiedniego poziomu artystycznego.

- To już siódma edycja Sceny. Impreza na dobre wpisała się w pejzaż miasta.

- Działamy od 1999 roku bez przerwy, mimo trudnych chwil, jakie przeżywaliśmy dwa lata temu, kiedy to miasto nie dało nam żadnych pieniędzy i sami musieliśmy udźwignąć ciężar imprezy. Na szczęście od zeszłego roku znów otrzymujemy dotację, a honorowy patronat nad imprezą objął prezydent Jerzy Kropiwnicki. W ubiegłym roku zmieniła się też formuła Sceny - ogłosiliśmy wśród publiczności plebiscyt na najlepsze przedstawienie. Tak też będzie i w tym sezonie - zwycięzca otrzyma od prezydenta miasta symboliczną nagrodę i zostanie zaproszony do ponownego pokazania swego spektaklu w Łodzi jesienią.

- Poza muzycznymi festiwalami, odbywającymi się na obrzeżach miasta i imprezami plenerowymi o charakterze czysto ludycznym, latem w Łodzi nic się nie dzieje. Jak to możliwe, żeby w 800-tysięcznym mieście, gdzie działa niemało scen, tylko - było nie było - dom kultury jest w stanie zaproponować coś miłośnikom teatru?

- Zorganizowanie tego typu przedsięwzięcia "wpędza teatr w koszty", bo Łódź to nie Kraków czy Warszawa - tu nie przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów. Latem zawsze jednak pozostaje w Łodzi pewna grupa ludzi chcących spędzić wieczór w naszym cafe-teatrze. W zeszłym roku mieliśmy około półtora tysiąca widzów.

- Artyści też nie kwapią się, żeby wyjść z jakąś propozycją...

- Nie wiem, dlaczego w Łodzi brak jest niezależnych inicjatyw artystycznych. Wszędzie aktorzy sami coś przygotowują, produkują na własną rękę, grają gdzie się da, a u nas posucha. Tym bardziej cieszy fakt, że naszą imprezę zainaugurujemy premierowym przedstawieniem "Kury na plecach" Freda Apke, przygotowanym w ramach naszej Sceny Forum przez Małgorzatę Flegel i Wojciecha Bartoszka.

- Czy widz Letniej Sceny Forum, na podstawie waszych propozycji, może wyrobić sobie zdanie na temat kondycji małej formy teatralnej w Polsce?

- Na pewno. Pokazujemy amatorów i wielu zawodowców. Myślę, że przegląd odzwierciedla wszystko to, co dzieje się w tym nurcie teatralnym.

 

Janina Perlińska-Szebesta
Lśnienie, iskrzenie...

Obdarzone mistycznym powabem złoto błyszczy, przyciąga uwagę i prowokuje... Wszystko pławi się w zniewalającym blasku. Latem przybiera na sile - z mżenia i migotania czyniąc istny fajerwerk światła. Mamy na bis "złotą dekadę" czyli zjawiska przypominające... sławetne lata 80-te, ze swym kultem sukcesu i "możliwości".

Letnia moda wykorzystuje ten trend. W tym sezonie "prawie nagość" jest luksusowa, a kurortowy szyk - to złoto w rozlicznych wariantach. Przybiera formy kostiumów, topów oraz kunsztownych akcesoriów. Kostium plażowy - główny bohater letnich kolekcji, notabene w tym fosforyzującym kolorze, będzie wzbudzał tyle emocji, jak żadna inna część stroju, oczywiście wyłączając bieliznę. Wyraźna zaczyna być tendencja zacierania gatunków, funkcja rzeczy nie jest do końca określona, co w efekcie daje większe pole do popisu. W plażowej scenerii - czy to w ultraoszczędnym bikini, toplesie czy zabudowanym, jednoczęściowym kostiumie - tego lata wypada nam błyszczeć w iście gwiazdorskim wydaniu. Lśnienie i iskrzenie zagwarantują nam materie o metalicznej powierzchni, a słońce pozostanie ich sprzymierzeńcem. I uwaga! Tym razem superkostium pełni wiele funkcji (plaża, party, spacer); jest równie ważny jak wieczorowa kreacja.

 

Numer 9/2005

 

 

"Kalejdoskop" nr 9/2005
Informator Kulturalny i Turystyczny Łodzi i województwa łódzkiego

 

Koniec wakacji, koniec lata, wrzesień... Na osłodę mamy początek sezonu kulturalnego i od razu wielkie wydarzenia: IV Festiwal Dialogu Czterech Kultur, "Oda do radości" Beethovena w Filharmonii Łódzkiej, premiera filmu "Mistrz", prace Salvadora Dalego w Muzeum Sztuki - a to tylko część atrakcji, które odnotowujemy. Na nowy sezon przypominamy też słowa Jana Pawła II, zdaniem którego ludzie kultury, ci pokorni słudzy piękna mają budzić głód ludzkiego ducha. O papieskim przesłaniu rozmawiamy z biskupem Adamem Lepą ("Słudzy piękna").

Wrzesień to także początek roku szkolnego. Dziś priorytetem jest wychowanie ucznia na świadomego konsumenta kultury. Jak ten ambitny pomysł realizują w praktyce nauczyciele szkół podstawowych i przedszkoli w Łodzi i regionie ("Teatr zamiast encyklopedii")? Kalejdoskop poleca piosenkę Andrzeja Poniedzielskiego - do zaśpiewania na granicy wakacji i szkoły, szkoły w każdym tego słowa znaczeniu ("Dreszcz odkrywcy"). Czy czytanie książek to przejaw dekadencji a miłośnicy słowa pisanego to "Dinozaury Galaktyki Gutenberga" - zastanawia się Łukasz Biskupski. Na szczęście łódzkie biblioteki nie narzekają na brak zainteresowania a "Co się czyta?" zdradzają nam kierownicy tych placówek. Wrzesień to także miesiąc polskiego kina, nieprzypadkowo na ekrany wchodzi z dawna oczekiwany "Mistrz" Piotra Trzaskalskiego. Zdaniem reżysera będzie to prawdziwa "Lekcja kinowego języka". O planach na sezon teatralny 2005/6 w Teatrze Nowym opowiada jego dyrektor naczelny, Janusz Michaluk ("Inicjatywy"), zaś z Piotrem Nowackim, solistą Teatru Wielkiego, rozmawiamy o jego ulubionych partiach operowych, muzyce Pendereckiego i sentymencie do Łodzi, której porównanie z innymi miastami Europy, zdaniem artysty, nie wypada niestety pomyślnie. Czy jest na to rada?

"Rzeki nam trzeba. Łódki otwartej, dawnym korytem płynącej" - uważa Michał Jagiełło ("Rzeka czeka"). A może przydałaby się Łodzi jakaś koronowana głowa? "Będzie król!" - zapewnia Marcel Szytenchelm, niestrudzony animator imprez plenerowych, który we wrześniu przygotowuje dla łodzian Dzień Jagiełły i planuje kolejne pomniki w Plenerowej Galerii Wielkich Łodzian. Bogusław Sułkowski pisze "Felieton porażający", Piotr Grobliński "Kontrowersyjny felieton" a Janina Perlińska-Szebesta "Odę do guzika".

W regionie. "Modlitewnik Chopina" to rzecz o Muzeum w Łowiczu, jednej z najstarszych tego typu placówek w Kongresówce, która w tym roku obchodzi 100-lecie założenia. Prawdziwą gratkę dla miłośników folkloru przygotował Łowicki Ośrodek Kultury: książkę Janusza Kaźmierczaka pt. "Pieśni, przyśpiewki ludowe i muzyka instrumentalna w łowickich zespołach pieśni i tańca", teraz czekamy na płyty! ("U mojego śwagra"). O szansach i pułapkach, jakie kryją fundusze unijne opowiada burmistrz Warty, Jan Serafiński ("Na przykład Warta"). Z regionu pochodzą też dwie utalentowane młode artystki, których płyty ukażą się na jesieni. Olga Hans, pabianiczanka, wydaje krążek ze swoimi kompozycjami, zaś urodzona w Koluszkach Lidka Kopania zadebiutuje na polskim rynku fonograficznym pop-rockową płytą, nagraną z niemieckim zespołem Kind of Blue ("Cztery oktawy z Koluszek").

Polecamy także nasze kalendarium, czyli miesięczny repertuar teatrów, muzeów i galerii Łodzi oraz województwa jak również oferty miejskich domów kultury. Początek jesieni planuj z wrześniowym Kalejdoskopem!

 

Słudzy piękna
Rozmowa z biskupem Adamem Lepą

Małgorzata Karbowiak: - Nieodżałowanej pamięci Papież Jan Paweł II często zabierał głos na temat kultury. Pisał, przemawiał i bardzo chętnie spotykał się z twórcami. Można nawet powiedzieć, że podczas całego pontyfikatu stawiał na ludzi kultury. Czym wyjaśnić ten fenomen?

Biskup Adam Lepa: - Przede wszystkim sam był twórcą kultury - najpierw jako początkujący aktor i poeta, a później oryginalny myśliciel i profesor filozofii, autor dojrzałych dzieł literackich i niezwykłych książek autobiograficznych.

Jan Paweł II był głęboko świadom, że człowiek, który jest twórcą kultury, kontynuuje Boże dzieło stworzenia, będąc zaś w swoim środowisku jednostką kreatywną, ubogaca innych. Wszak kultura jest tym wszystkim, przez co człowiek staje się bardziej człowiekiem.

I wreszcie, wyrażał przekonanie, że o przyszłości człowieka decydować będzie właśnie kultura, a nie ekonomia czy polityka.

- Czy w czasie pamiętnej wizyty w Łodzi w 1987 r. w wypowiedziach Jana Pawła II znalazły się jakieś odniesienia do kultury?

- W programie pobytu w naszym mieście przewidziano również spotkanie Dostojnego Gościa z przedstawicielami nauki i kultury w katedrze łódzkiej. Wtedy w swoim przemówieniu Papież wypowiedział słowa, które trafiały wszystkim do serca: "Czuje się waszą obecność w społeczeństwie, w kulturze polskiej i w Kościele polskim. Jestem za to bardzo wdzięczny inteligencji łódzkiej". Dodam, że w murach katedry nastąpiło miłe spotkanie Jana Pawła II z rektorami łódzkich uczelni - wśród nich byli rektorzy szkół artystycznych: Akademii Muzycznej i Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Zdjęcia z tego spotkania pokazują, że Papież w gronie uczonych i artystów czuł się znakomicie.

- Mówi się ostatnio coraz dobitniej, że Polacy powinni realizować duchowy testament, jaki im zostawił Jan Paweł II. Co w tym papieskim przesłaniu jest szczególnie ważne dla twórców kultury?

- W wypowiedziach Jana Pawła II na temat kultury są wskazania fundamentalne, które należy przyjąć i realizować we własnej twórczości, niezależnie od wyznawanych poglądów i religii. Oto niektóre z nich.

W przemówieniu wygłoszonym w paryskiej siedzibie UNESCO w 1980 r. Jan Paweł II mówił, że to właśnie przede wszystkim w kulturze narodu wyraża się suwerenność społeczeństwa i dzięki niej najbardziej suwerenny jest człowiek. Do myśli tej nawiązał Papież w Łodzi, gdy mówił, aby twórcy kultury "nadal byli sobą, tak jak dotąd ..." Być sobą znaczy strzec w sobie poczucia tożsamości ze swoim narodem i jego kulturą, a także darzyć głębokim szacunkiem całe dziedzictwo, któremu na imię Polska.

Jan Paweł II z Łodzi udał się śmigłowcem do Warszawy na spotkanie z twórcami kultury. W przemówieniu do nich podkreślił, że swoją działalnością przypominają innym, iż nie samym chlebem żyje człowiek. Ludzie kultury, ci "pokorni słudzy piękna w życiu narodu" mają budzić "głód ludzkiego ducha".

W przesłaniu znalazł się maleńki fragment duchowego testamentu Papieża-Polaka. Życzył, z mocą swojego autorytetu, aby dzieła ludzi kultury służyły człowiekowi. Aby też budziły autentyczny głód ducha ludzkiego i zdołały go zaspokoić, zyskując powszechną wdzięczność i szacunek.

Jak widać, Jan Paweł II również twórcom kultury stawiał wysokie wymagania. W szkole tego Papieża nie można się było zadowalać jakąkolwiek przeciętnością.

 

Justyna Zbroja
Teatr zamiast encyklopedii

W przedszkolach jakiś czas temu kształcenie kulturalne było abstrakcją. Panie, najczęściej bez odpowiedniego przygotowania pedagogicznego, zbywały dzieci kółkiem graniastym i przymusowym, półtoragodzinnym leżakowaniem. W najlepszym wypadku sześciolatki miały możliwość nauczenia się alfabetu i liczenia do 10.

Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Przedszkola prześcigają się w atrakcyjności programów edukacyjnych. Walka o "klienta" często wymusza wysoki standard. Popularne stało się przekonanie, że o karierze w dorosłym życiu decyduje już odpowiednio dobrane przez rodziców przedszkole. I choć z tym poglądem można ostro polemizować, jedno trzeba przyznać - dziś dzieci na każdym etapie kształcenia, począwszy od przedszkola, mają kontakt z kulturą i sztuką. Jest to wręcz wymóg programowy.

Łódzkie Przedszkole Lingwistyczne oprócz zajęć językowych oferuje: taniec towarzyski, zajęcia rytmiczno-umuzykalniające, koncerty muzyczne (raz w miesiącu), wycieczki do teatru i warsztaty plastyczne. Przedszkola publiczne może nie obfitują w tak rozliczne zajęcia, ale wbrew przypuszczeniom, też się starają, organizując np. festiwale muzyki przedszkolnej, zajęcia plastyczne, rytmikę, wycieczki do teatrów i muzeów.

- Przygotowanie do odbioru sztuk plastycznych odbywa się w naszym przedszkolu chociażby przez ocenianie i podziwianie prac kolegów - mówi siostra Agnieszka Góra, dyrektor Katolickiego Niepublicznego Przedszkola "Dzieci Dobrego Ojca". - Odwiedzamy teatry dla nich przeznaczone. Przed każdą wyprawą maluchy są przygotowywane do spektaklu. Wiedzą, na jaką sztukę idą, później o niej rozmawiamy. Kilka razy w roku do przedszkola zapraszamy również teatry objazdowe. Z okazji różnych uroczystości dzieci przygotowują scenki i przedstawienia. Bywa, że rodzice zamieniają się w aktorów i prezentują program artystyczny. W tym przedszkolu ważną rolę odgrywa muzyka poważna. Wykorzystywana jest do odpoczynku poobiedniego, przy niej prowadzone są zajęcia ruchowe, czytane są bajki. - Jest nadzieja, że w dorosłym życiu dziecko będzie szukać tej muzyki, którą już zna - mówi siostra Agnieszka Góra. - Wystrzegamy się disco polo, którym zalewany jest rynek. Można różny rodzaj muzyki proponować dziecku, można również tego nie robić... Staramy się odkrywać talenty dziecka i odpowiednio je kształtować.

- Już w czwartej klasie szkoły podstawowej moi wychowankowie podczas wizyty w muzeum czy galerii potrafią rozpoznać różne techniki artystyczne - zapewnia Justyna Kocemba, nauczycielka plastyki w Szkole Podstawowej nr 1 w Łowiczu. - Nie wyobrażam sobie lekcji bez tych wizyt. Dzięki nim uczymy się poprawnie odczytywać dzieło plastyczne. Zajęcia w szkole to przede wszystkim praca twórcza. Dzieci uczą się różnych rodzajów kreski na płaszczyźnie, przedstawiania właściwych proporcji, zasad mieszania barw.

Dziś polonista ma do dyspozycji wiele programów, ale w założeniach każdego z nich, obok kształcenia umiejętności posługiwania się mówioną i pisaną odmianą języka, jest motywowanie do czytania i krytycznego odbioru utworów literackich oraz innych tekstów kultury. Jeden z programów, zatwierdzony przez Ministra Edukacji Narodowej, we wstępie zaznacza: Zestaw lektur umożliwia wykształcenie umiejętności odbioru dzieła literackiego, intelektualny i duchowy rozwój uczniów, przygotowanie ich do uczestniczenia w kulturze (...), wyeliminowanie zbędnego w szkole encyklopedyzmu.

Beata Wielkopolan, nauczycielka języka polskiego w Szkole Podstawowej nr 182 potwierdza, że dla każdego współczesnego polonisty priorytetem jest wychowanie ucznia na świadomego konsumenta kultury. Od czwartej klasy szkoły podstawowej na języku polskim analizowane są dzieła literackie, teatralne, filmowe, malarskie, a także propozycje kultury masowej, takie jak np. komiks i muzyka popularna. W czwartej klasie dużo czasu poświęca się wychowaniu teatralnemu. - Zanim pójdę z dziećmi po raz pierwszy do teatru, przygotowuję je teoretycznie. Dowiadują się, między innymi, że aby powstał spektakl potrzebny jest tekst literacki - gotowy scenariusz, bądź adaptacja jakiegoś dzieła. Następnie robię burzę mózgów i dzieci przedstawiają w punktach receptę na powstanie dzieła teatralnego. Drugi etap to zabawa w teatr. Każdy polonista ma w podręcznikach scenariusz. Dzieci wchodzą w rolę twórców i przygotowują spektakl. - Wybieram spośród nich reżysera, scenografa, choreografa, kostiumologa. Resztą zajmują się uczniowie pod okiem nauczyciela, nie odwrotnie.

Oddzielną lekcją jest analiza afisza teatralnego. Autentycznego, przyniesionego z teatru. Po niej dzieci przygotowują afisz swojego przedstawienia. Kolejnym krokiem w wychowywaniu świadomego odbiorcy sztuki jest wizyta w teatrze. Stanowi ona zwieńczenie cyklu lekcji. W klasie piątej przewidziane są zajęcia ze słuchowiska radiowego. - Wyobrażamy sobie jak przekłada się tworzywa teatralne na dźwięk. Jak za pomocą dźwięku zbudować przestrzeń, zasugerować scenografię. Dzieci piszą swoje scenariusze i nagrywają słuchowiska. Bardzo to lubią. W mojej karierze pedagogicznej powstało wiele niezwykłych słuchowisk. Uczniowie mają mnóstwo pomysłów na efekty dźwiękowe.

W szóstej klasie szkoły podstawowej uczeń jest przygotowywany do zrozumienia dzieła filmowego. W większości podręczników znajdują się scenopisy, dzieci poznają różne gatunki, metody pracy operatora, rodzaje planów - amerykański, półplan, żabią perspektywę. - Rysują te plany, na przykład kolegę w różnych ujęciach. W dzisiejszych czasach jest łatwiej prowadzić tego rodzaju lekcje. Można poprosić, żeby któryś z rodziców przyszedł na zajęcia z kamerą. Dzieci mogą kręcić wówczas krótkie ujęcia filmowe.

Choć w szkole podstawowej jest odrębny przedmiot - sztuka (prowadzą go albo muzycy, albo plastycy) dobry polonista jest w stanie wychować również mądrego widza, tak twierdzi Beata Wielkopolan. - Łódzkie Muzeum Sztuki przygotowuje specjalne lekcje dla uczniów szkoły podstawowej, gimnazjalistów i licealistów. Są na nich omawiane poszczególne kierunki malarskie i obrazy. Można powiedzieć, że teraz jest moda na lekcje w terenie. Każdy mądry dyrektor dąży do tego, żeby jego uczniowie odwiedzali różne instytucje kultury. Im więcej takich wyjść, tym lepsza szkoła. Oczywiście dla polonisty najważniejsze będą teksty kultury literackiej. Dzieci uczą się rozpoznawać gatunki literackie, a potem same próbują je tworzyć.

Wniosek jest taki: dobry uczeń pod kierunkiem dobrego nauczyciela po szóstej klasie szkoły podstawowej potrafi zrozumieć dzieło teatralne, oczywiście merytorycznie dostosowane do jego poziomu, ocenić je krytycznie, jest w stanie rozpoznać gatunek filmowy, "odczytać" dzieło malarskie choćby na poziomie emocjonalnym. Potrafi podejść do tekstu literackiego krytycznie. - Dobry uczeń, który skorzystał z lekcji dobrego nauczyciela odróżnia dzieła kultury wysokiej od pop-kultury. Wie, że kultura masowa go otacza, ale ma prawo wyboru... - podsumowuje Beata Wielkopolan.

 

Będzie król!
Rozmowa z Marcelem Szytenchelmem

Maria Sondej: - Jest pan znany jako animator Dnia Tuwima i Dnia Reymonta, teraz zainteresował się pan królem Władysławem Jagiełłą. Tuwim i Reymont już się panu znudzili?

Marcel Szytenchelm: - Nie, to nie tak. Tegoroczna, ósma edycja Dnia Reymonta odbyła się w lipcu, ale tym razem zrezygnowałem z organizacji święta Tuwima. Jeśli znajdę fundusze, może wrócę do Dnia Tuwima w przyszłym roku, teraz inauguruję Dzień Jagiełły. Ta wrześniowa impreza także będzie, jak poprzednie, moim autorskim pomysłem, może z czasem uda się ją przekształcić w imprezę cykliczną.

Scenariusz widowiska muzycznego napisałem razem z Jackiem Kuzdakiem ze Studia Teatralnego "Słup", jego akcja będzie się rozgrywać w osiedlu łódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej imienia Władysława Jagiełły. Mieszkańcy - ponad 30 osób w różnym wieku i różnej profesji - zagrają sami siebie. Wszyscy po raz pierwszy będą mieli kontakt z teatrem. Tak samo było przed laty, gdy z lokatorami kamienicy przy ulicy Andrzeja Struga przygotowywałem pierwszy Dzień Tuwima.

Spektakl będzie wystawiony na scenie plenerowej, która stanęła w tym roku na terenie osiedla. W razie niepogody "pod ręką" będzie scena w dawnym Domu Sportu, zamienionym niedawno w osiedlowy Jagielloński Ośrodek Kultury. Z okazji Dnia Jagiełły wystąpią także inne zespoły, powołane przeze mnie w Jagiellońskim Ośrodku Kultury, m.in. "Dzieci Jagiełły" - skupiający dzieciaki z osiedla czy "Teatr na Wspólnej", w którym zaczęli uprawiać teatr dorośli i młodzież. Organizujemy także Turniej Spółdzielni Królewskich, czyli takich, które noszą imiona dawnych władców. W Łodzi są cztery: Chrobrego, Mieszka I, Batorego i Jagiełły. Każda z nich będzie mogła zaprezentować swoje sukcesy kulturalne. Za rok, jeśli jeszcze będę to robił, może poszerzymy turniej o inne dyscypliny.

- Skąd się wzięły w osiedlu sceny teatralne?

- To niezwykła sprawa. W czasach, gdy wiele obiektów kultury niszczeje z braku pieniędzy, Zarząd i Rada Nadzorcza Spółdzielni Mieszkaniowej imienia Jagiełły zrobili coś przeciwnego: stworzyli nową, plenerową scenę, która w tym blokowisku zostanie na stałe. Już w czasie wakacji służyła mieszkańcom jako miejsce występów, m.in. kapeli podwórkowej. Ponadto zdecydowali się na remont dawnego Domu Sportu, przekształcając go w obiekt kultury. Obecnie placówka nazywa się, to oczywiste, Jagiellońskim Ośrodkiem Kultury, ma scenę teatralną i odpowiednie zaplecze. Tę decyzję podjęto z okazji dziesięciolecia istnienia spółdzielni mieszkaniowej. Placówka działa od kilku miesięcy, ma instruktorów, koła zainteresowań. Do końca tego roku zdecydowałem się pełnić w JOK funkcję dyrektora, a "Słupnicy" pomagają mi uteatralnić ten ośrodek. Co będzie później - zobaczymy.

- Podobno nosi się pan z zamiarem postawienia przy ulicy Piotrkowskiej kolejnych pomników...

- To prawda, chciałbym, żeby Dzień Jagiełły przygotowywał łodzian do "Tronu Władysława Jagiełły". Czy pani wie, że ten władca, który dał Łodzi prawa miejskie, nie ma tu swojego monumentu? Przewiduję, że stanie się to w 2007 roku; ale wcześniej, w czerwcu 2006, przy ulicy Piotrkowskiej pojawi się "Fotel Jaracza". To będzie kolejny element tworzonej przeze mnie Plenerowej Galerii Wielkich Łodzian.

Wiem, że ta idea ma przeciwników, także z powodów finansowych... Ale przecież te obiekty powstają nie za publiczne pieniądze. Radni, wyrażając zgodę na lokalizację kolejnych rzeźb, obwarowują swoją decyzję klauzulą: "Wnioskodawca sam zgromadzi potrzebne fundusze". I ja je gromadzę, szukając wszędzie sojuszników. Warto, bo dzięki tym pomnikom łodzianie poznają nazwiska swoich Wielkich Zasłużonych. Dziś dzięki "Fortepianowi" dużo więcej osób wie, kim był Artur Rubinstein, choć początkowo młodzież umawiała się "przy Szopenie".

- Czy Jaracz i Jagiełło zamkną Plenerową Galerię Wielkich Łodzian?

- Mam jeszcze wiele pomysłów. Piotrkowska jest długa, ja na razie zagospodarowuję odcinek między ulicą Piłsudskiego a placem Wolności. Marzy mi się na przykład pomnik Bezimiennej Prządki z czasów wielkiego przemysłu włókienniczego, który byłby hołdem dla łódzkiej włókniarki. Uważam, że moja galeria ma wielki walor: jest otwarta zawsze i dla wszystkich.

 

Bogusław Sułkowski
Felieton porażający

Telewizja mebluje nasze głowy. Umiarkowane teorie głoszą, iż media nie mogą wpływać na nasze przekonania, media zaledwie sugerują nam tematykę naszych codziennych rozmów. Media nie mogą narzucić "co myśleć o czymś", ale zaledwie proponują "o czym warto myśleć". Rozmawiamy językiem telewizji: o pastylce tik tak (tak mało kalorii a tak odświeża oddech), o telefonie: tak tak (odświeża życie seksualne), o Internecie: gadu gadu (niczego nie odświeża). Tik tak, gadu gadu, tak tak, Baden Baden, da da. Czysty dadaizm, zaburzenie umysłowe zwane perseweracją. Esemesuj do nas: Czy Marysia jest żoną Pawła czy Piotra? Czy Polska powinna dać porządną nauczkę Rosji, czy z tym jeszcze zaczekać?

Perseweracja telewizyjna. Przed laty wbijali mi do głowy, iż człowiekowi trzeba dać wędkę a nie rybę. Nie wiem, co w telewizji mają przeciw rybie, która jest pożywna i zapobiega miażdżycy. Wkrótce potem przekaźniki ujawniły całemu narodowi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to idzie o pieniądze. Powtarzamy tę mądrość wszyscy. Ale pojawiło się w mediach nowe słowo-zaklęcie: porażający. Niegdyś użył tego słowa premier Olszewski najwidoczniej w słusznej sprawie, bo natychmiast wylano go z roboty. Żeby zapobiec ujawnianiu rzeczy istotnie porażających zastosowano teraz metodę inflacji. Odtąd media bezustannie nazywają rzeczy porażającymi: raport NIK o szaletach miejskich, kontakty Belki z oficerem prowadzącym, niejaką Jennifer Lopez, porażające są serie ataków na dzieci, a to przez psy, a to przez pedofilów. Każdy nadawca medialny zatrudnia drogich elektryków.

W codziennym cyklu programów telewizyjnych pt. "W gębę napluć" śniła mi się blondyna na wysokich obcasach, w skórzanych, czarnych majtkach, z pejczem. W zeszłym roku sadomasochiści zgłaszali się do drapieżnej blondyny pojedynczo, ale ostatnio przychodzą już zawsze parami. Grupenseks. Masochiści myśleli, że występ na wizji pomoże im na wyborach, a wychodzą ze studia na słabych nogach. Czasem odwożą ich do domu na noszach. Jak tylko wydobrzeją, lecą z powrotem do telewizji. Wciąż ci sami. Na sam ich widok smukłej blondynce odbija się paskudnie. Tylko niejaki Miller zwracał się do niej pieszczotliwie "pani Moniko", ale jak rozzuchwaliła się z tym pejczem to zbiegł przed nią do Żyrardowa. Apetyt pani jest nieposkromiony, teraz rozgląda się za jakimś prawdziwym Rokitą.

Przy pracy z prądem bywają wypadki, nonszalancki elektryk może poparzyć kogoś, a nawet sam się sparzyć. Pamiętam, był kiedyś w telewizji niejaki Twarzowski i okazało się, że z gębą można przesadzić. A znowu w programie "Szkło bolesne co oko rani" porażają te same trzy gaduły, co uparcie dzwonią z domu do telewizji. Mam nadzieję, że nie są to bliscy krewni dwu panów dowcipnie dywagujących ze sobą w studio. W Polsacie pan Żakowski głosem donośnym, słuszną postawą i ironią w kącikach ust potrafi podejść człowieka nie gorzej niż sam Lis. Tylko pan Miecugow znajduje rozmówców godnych szacunku. Pyta ich nieśmiało i szeptem, nikogo nie przydusza, nigdy nie słyszano, żeby kopnął swego rozmówcę. I to pomimo, iż w telewizji oni dostają specjalny dodatek za każdego interlokutora, który zemdlał. Nazywa się to premia motywacyjna za skórę.

Jest jeszcze "Przesłuchanie" robione po krótkim instruktażu u reżysera Bugajskiego (gra w dobrego i złego policjanta, jeden torturuje, drugi się zaprzyjaźnia, obu trzeba się wystrzegać). Miałem wuja, który w latach pięćdziesiątych przez trzy lata co czwartek uczęszczał na całonocne prześwietlenie, też mu świecili lampą w oczy, też w nieskończoność opowiadał życiorys. Porażające są telefoniczne rozmowy w przekaźniku Królowej Polski. Bowiem prawdziwa, niecenzurowana interaktywność ze słuchaczem niesie duże ryzyko. "Pochwalony. Proszę profesora/dyrektora, ja to bym temu posłowi osobiście nogi powyrywał z tej, no... A naszego premiera też dobrze by było powiesić. Na wieki, wieków amen".

W mediach sezon się skończył, stąd ta próba podsumowania. Wszyscy wywiadowcy medialni w koło Macieju rozpytują tylko o politykę. W telewizji poważnej nie ma czasu na nic innego, rzeczy ważne spycha się na rozmówki przy "kawie czyli herbacie" (minuta dla każdego). A warto byłoby pogadać dłużej np. o złodziejskiej naszej obyczajowości (kradną tylko inni), o infantylizmie obywateli, którzy nienawidzą każdego premiera i z prawa, i z lewa (oj, biedny Rokita nawet piekło mu nie pomoże), o internetowych plagiatach maturalnych i o wartości dyplomów studiów zaocznych. W mediach skończyły się jednak czasy umowy pedagogicznej, teraz przyszła tzw. neotelewizja. Zaczyna się to gotowaniem obiadu w studio o szóstej rano i dalej przez cały dzień wspólne biesiadowanie: gadu, gadu, tora tora, ble ble, Baden Baden. Ekscytowanie widza daje dochodowy tzw. "feed back" (4,70 za minutę). Czy Gołota miał rację, że dał się wykończyć czy nie miał racji? Jak uważasz osobiście, czy Kaczyński jest nieco wyższy od Cimoszewicza, czy są równi?

 

Piotr Słowikowski
U mojego śwagra

 

Grają skrzypce, bymbyn dudni,
a w chałupie coraz ludni.
Są tam dziołchy kiej by róze
i chłopoki jakie duze.

Jest myśliwy, który napotkał dziewcyne na murawie śpiącą. Jest także ta łowicanko, dana moja dana, co lubi tańczyć, śpiewać od samego rana. Jest wreszcie tak wesoło, że śpiewają wszyscy:

U mojego śwagra, stodoła opadła. ( zdarza się !)
Krowa mu się ocieleła, mucha cielę zjadła.

Jest jeszcze wiele innego muzycznego i tekstowego dobra, bezcennych rarytasów. Marsze, polki, chodzone, mazurki, walczyki, kujawiaki, oberki, przyśpiewki łowickie i przepiękne scenariusze - zapisy wesel. Szczególnie cenny jest zbiór oberków, a wśród nich "Oberek spod Goleńska". Drogi sercu Janusza Kaźmierczaka, autora opublikowanej właśnie przez Łowicki Ośrodek Kultury książki pt. "Pieśni, przyśpiewki ludowe i muzyka instrumentalna w łowickich zespołach pieśni i tańca" (trochę przydługi tytuł, ale nic to!). Napisałem, że oberek spod Goleńska jest bliski Januszowi, bo w tej wsi pod Łowiczem w 1932 roku ujrzał po raz pierwszy świat, a niebawem, w wieku siedmiu lat, grał na harmonii półtonowej, zwanej polską. Z koleżkami założyli kapelę, która przygrywała na weselach i improwizowanych zabawach, co pozwoliło poznać okolicę "na skróty", smak pierwszych zarobionych poczęstunków i muzykę, bo to przecież zawsze ktoś coś nowego pokazał na instrumencie, podegrał, nauczył.

I właściwie tak było zawsze. Czy to w szkołach muzycznych, które Janusz kończył, czy w zespołach ludowych, które stworzył. W książce przytoczone są słowa Wincentego Kaźmierczaka, ojca Janusza, nauczyciela i prowadzącego "Wesoły Autobus". Otóż pan Wincenty mawiał: "Jak się Radzymiński z Kaźmircokim spotkały, to się tak barowały, ze jaz ludzie się dziwowały, ale ze jednakowom siełe miały, Karcmaz powiado tak: trza im łobum dać pirse miejsce i nich grajom". Takie przegrywanie muzyków było okazją do niezłej zabawy i - przede wszystkim - do wspólnego pogrania czy, jak mówią jazzmani, improwizowania.

Spotkał Janusz Kaźmierczak wielu znakomitych samouków - "autentyków": Adama Radzymińskiego, Eugeniusza Twardowskiego, Bonifacego Jankowskigo, Władysława Biedrzyckiego, Antoniego Szymańskiego, Stefana Twardowskiego, Stefana Zabosta, Stanisława Igielskiego czy autorkę przyśpiewek, Walerię Czubak. Nazwiska te przytaczam za redaktorem książki, Przemysławem Hachorkiewiczem, który wylicza też dziesiątki zespołów, z jakimi współpracował Janusz Kaźmierczak (między innymi "Blichowiacy", "Kolejarz", "Koderki", "Harnam", "Poltex", "Anilana").

To tam zetknął się z takimi choreografami jak Irena Kik, Jadwiga Hryniewiecka, Sławomir Mazurkiewicz, Leszek Woszczyński.

Tworzył muzykę do filmów, programów radiowych, telewizyjnych, współpracował i współpracuje z wieloma zespołami polonijnymi. Co się nie wyliczy, i tak będzie za mało. A gdy chwyci akordeon, to aż nogi podrygują do tańca, a palców koncertmistrza dostrzec nie można.

I bardzo dobrze, że pojawiła się ta książka, choć Janusz niezbyt wierzył, że się ukaże. Cóż, widać łatwiej było grać oberki, kujawiaki i mazurki niż mieć nadzieję na pisany dokument swojej roboty. Teraz instruktorzy mają czarno na białym przykład jak grać, jak twórczo podchodzić do folkloru, by nie był on zakurzonym rzępoleniem.

A my? My czekamy na płyty z "Koderkami", "Anilaną" i polonezem, którego Janusz poprowadzi grając na ukochanym akordeonie. Jestem pewien !!!

 

BIP