![]() |
![]() |
![]() |
o ŁDK aktualności repertuar kin kursy, warsztaty imprezy stałe kluby, stowarzyszenia usługi kulturalne zespoły muzyczne zespoły teatralne galerie filmy wynajem sal |
![]() |
![]() |
|
|
Numer 10/2006
"Kalejdoskop" nr 10/2006 Kalejdoskop nr 10/2006 już w kioskach. W najnowszym numerze znajdziemy wszystko, co kulturalny łodzianin powinien wiedzieć w październiku. Zaczynamy jednak od wspomnienia. Choć mit "ziemi obiecanej" dawno przebrzmiał, Łódź ma wciąż wiele do zaoferowania pisarzom - przekonuje Maciej Świerkocki ("O literackiej mitologizacji miasta"). Nie tylko Łódź zresztą. "Historia z charakterem" to opowieść o obchodzącym 870-lecie nadania praw miejskich Sieradzowi, który przetrwał najazdy tatarskie i krzyżackie, potop szwedzki i dwie wojny światowe a teraz buduje swój wizerunek miasta Unii Europejskiej. Cztery teatry z Europy w mieście czterech kultur! Świat idzie do przodu. My też. Festiwali ciąg dalszy Muzeum w muzeum? I znowu ŁóPTA Majtki otwarte czy z klapą To wszystko na studencką kieszeń? Jesień w czerni? Polecamy także nasze miesięczne Kalendarium, czyli repertuar teatrów, muzeów i galerii Łodzi oraz województwa a także propozycje innych łódzkich placówek kulturalnych.
Świat idzie do przodu. My też Anna Świerkocka: - Czy nowy rok akademicki w łódzkiej szkole filmowej będzie się czymś różnić od poprzednich? Jerzy Woźniak: - Oczywiście, bo jeśli się stoi, to na pewno nie idzie się do przodu. Już inauguracja roku akademickiego, którą zaplanowaliśmy na 4 października będzie wyjątkowa. Uświetni ją wręczenie doktoratu honoris causa profesorowi Jerzemu Mierzejewskiemu, znakomitemu malarzowi i wybitnemu długoletniemu pedagogowi naszej uczelni. Profesor Mierzejewski pokazywał nam przestrzeń w kolorze i bryle, uczył nas widzenia przestrzennego, kompozycji, świadomości gospodarowania kadrem filmowym. Jesteśmy dumni, że profesor zgodził się przyjąć ten zaszczytny tytuł. - Ilu pierwszorocznych studentów rozpocznie naukę w "filmówce"? - Na wszystkie wydziały przyjęliśmy około dwustu osób. To sporo jak na naszą uczelnię, w której uczy się obecnie prawie tysiąc osób. Pamiętam, że w czasach, kiedy ja studiowałem było nas w szkole stu dwudziestu. W ogóle od kilku lat obserwujemy niezwykłe zjawisko. Zarówno u nas, jak i na uczelniach w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, rośnie liczba kandydatów na wydział aktorski. W tym roku o indeks ubiegało się ponad pięciuset kandydatów. Szaleństwo! Młodzi ludzie uważają, że skoro w telewizji pojawia się coraz więcej seriali, aktorstwo stwarza im szansę na zaistnienie. Jeśli chodzi o kandydatów na wydziały operatorski i reżyserski, to ich liczba nieznacznie wzrasta w porównaniu z latami ubiegłymi. Zwykle jest to ponad sto osób. Ale mamy też coraz więcej kandydatów z zagranicy. Obecnie nie ma kraju Unii Europejskiej, który nie miałby u nas swoich przedstawicieli. - W tym roku akademickim szkoła otworzyła dwa nowe kierunki studiów dziennych... - Montażu filmowego i fotografii, które do tej pory istniały u nas jako kierunki niestacjonarne. Program nauczania jest skonstruowany w taki sposób, aby studenci mogli zdobyć niezbędną wiedzę i umiejętności, a jednocześnie mieli warunki do indywidualnego artystycznego rozwoju. Zainteresowanie obydwoma kierunkami było spore, bo o przyjęcie na nie ubiegało się ponad sto osób. Staramy się rozglądać wkoło, dostrzegać zmiany i wychodzić naprzeciw oczekiwaniom ludzi. Świat idzie do przodu. My też. Dlatego myślimy już też o następnym nowym kierunku - scenografii filmowej, telewizyjnej i teatralnej. Na żadnej polskiej uczelni takiej specjalności dotąd nie ma. Liczę, że zajęcia z tego tematu poprowadziliby u nas nie tylko laureatka Oscara, Ewa Braun i wybitny scenograf filmowy, Janusz Sosnowski, ale i Allan Starski, również zdobywca nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Chcielibyśmy uruchomić ten kierunek w przyszłym roku. - Szkole przybywa studentów i nowych kierunków, ale czy uda się zrealizować tak poszerzony program w siedzibie przy ulicy Targowej? - To prawda, że się rozrastamy. Dlatego z myślą o nowych kierunkach - montażu filmowego i fotografii - w sierpniu udało się nam sfinalizować, dzięki pomocy prezydenta miasta, Jerzego Kropiwnickiego i łódzkich radnych, zakup budynku po dawnej fabryce termometrów, który mieści się przy ulicy Targowej. Przylega on do naszej uczelni. Jest w ruinie, więc trzeba przeprowadzić w nim remont. - Czy udało się pozyskać w tym roku nowych wykładowców? - Pojawiają się co roku. Przyjeżdżają, żeby prowadzić seminaria i warsztaty. Ostatnio gościł u nas Krzysztof Zanussi, swój workshop miał też wybitny operator, znany bardziej w Anglii niż w Polsce, Ryszard Lenczewski, który od roku jest naszym pracownikiem. Taki rodzaj zajęć pozwolił mu połączyć czynną pracę operatora z pracą dydaktyczną. Myślę, że w takiej uczelni jak nasza, nie ma nic lepszego niż wykładowca - praktyk. Od trzech lat uczy na naszym wydziale aktorskim Janusz Gajos. Tuż przed profesurą jest Wojciech Malajkat. W zeszłym roku pozyskaliśmy z Krakowa wybitnego reżysera teatralnego Jana Maciejowskiego. Na planowanym w przyszłym roku kierunku scenograficznym będzie też pracowała jego żona - Barbara Zawada. Warsztaty ze studentami dziennikarstwa telewizyjnego - kierunku uruchomionego w zeszłym roku - prowadzili Robert Kozak, Jacek Snopkiewicz i Grzegorz Miecugow. Mamy zamiar zaprosić Tomasza Lisa. Od niedawna asystentami na reżyserii są Łukasz Barczyk i Leszek Dawid. Cztery lata temu zaczął u nas pracować Robert Gliński, który obecnie jest także szefem działającego przy szkole Studia Filmowego "Indeks". - Jest szansa, żeby studio "Indeks" znowu produkowało debiuty filmowe studentów i pedagogów szkoły? - Rzeczywiście, w ostatnim czasie działalność studia uległa pewnemu zawieszeniu, ale wynikało to z niezbyt dobrej kondycji naszej kinematografii. Teraz jednak w polskim kinie zaczyna się coś zmieniać na dobre i myślę, że przekłada się to również na działalność studia. Mamy coraz większe możliwości pozyskiwania pieniędzy z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, wspiera nas Telewizja Polska, dzięki Andrzejowi Mellinowi, dziekanowi wydziału reżyserii, nawiązaliśmy dobre kontakty z firmą Nationale Nederlanden, która sponsoruje nasz cykliczny przegląd "Łodzią po Wiśle". Udało nam się zdobyć duże fundusze na sprzęt filmowy, dzięki czemu nasza baza produkcyjna nie tylko się powiększa, ale też podnosi swoją jakość. Dzięki temu zwiększają się możliwości realizacyjne "Indeksu". - A jak radzi sobie Studio Teatru Telewizji? - Ono powstało po to, by rejestrować najlepsze spektakle, prezentowane podczas kolejnych edycji Festiwalu Szkół Teatralnych. Wydawało mi się, że skoro archiwizujemy studenckie filmy, warto byłoby stworzyć również bazę spektakli teatralnych, żeby za dziesięć czy dwadzieścia lat, można było zobaczyć jak zaczynali swoją karierę znani aktorzy. Dzięki temu, że wspierała nas w tym przedsięwzięciu telewizyjna Dwójka, była też szansa pokazania młodych aktorów szerokiej publiczności. Udało nam się zarejestrować pięć przedstawień, ale zaczęły się problemy w telewizji. Dwójka chciała, by współfinansowaniem spektakli zajęła się TVP Kultura, ale ta, mimo chęci, nie ma na to pieniędzy. Postanowiliśmy jednak nie rezygnować z tego pomysłu. Dlatego, przy pomocy naszych studentów, reżyserów i operatorów oraz pedagogów - Elżbiety Potakiewicz, Mieczysława Małysza i Dariusza Kamińskiego - zarejestrowaliśmy ostatnio spektakle "Na dnie" i "Coś z Szekspira". - Już w dwa tygodnie po inauguracji roku akademickiego 2006/2007 w siedzibie szkoły rozpoczynie się trzynasta edycja Międzynarodowego Festiwalu Szkół Filmowych i Telewizyjnych "Mediaschool". Wiadomo już, ile uczelni weźmie w nim udział? - Na dwa miesiące przed festiwalem mogę powiedzieć, że mamy zgłoszenia z dwudziestu szkół filmowych. Można więc przypuszczać, że uczestników tegorocznego Mediaschool będzie więcej niż w latach ubiegłych. Funkcję przewodniczącego jury przyjął Branko Iwanda, profesor szkoły filmowej z Zagrzebia.
Maria Sondej Centralne Muzeum Włókiennictwa otrzymało nagrodę specjalną za 2006 rok, przyznaną przez kapitułę "Nagrody gospodarczej wojewody łódzkiego" za przyczynienie się "do postrzegania Łodzi jako miasta związanego z przemysłem, rozwojem artystycznym i promocją młodych talentów". - Wprawdzie nagroda jest wyłącznie honorowa, ale miłe, że zauważono nasze starania - cieszy się dyrektor Norbert Zawisza. Z wykształcenia historyk sztuki, dyrektorem muzeum jest od 26 lat. To najdłuższy staż dyrektorski wśród łódzkich placówek kulturalnych. Centralni z nazwy Teraz kierowana przez Norberta Zawiszę placówka stoi u progu wielkich zmian. Niedawno otrzymała czwarte skrzydło dawnych zakładów Geyera, położone od strony parku. Budynek formalnie należał do Muzeum Włókiennictwa od niemal pół wieku, dokładnie - od 1958 roku, ale ówczesne Zakłady imienia Dzierżyńskiego tę decyzję ministra przemysłu lekkiego lekceważyły. - Teraz wreszcie wszystko jest w jednych rękach, a obiekt tworzy architektoniczną całość - podkreśla Zawisza. Oprócz czwartego skrzydła dawnej fabryki muzeum dostało spory fragment sąsiedniego parku, gdzie ma powstać skansen. Zarówno rewitalizacja budynku jak i stworzenie skansenu będzie możliwe dzięki unijnym pieniądzom. Łódzkie muzeum dostało od Unii Europejskiej 15 milionów złotych, pięć miała dołożyć Polska. Ale w czasie, gdy trwało załatwianie formalności, w Polsce wzrósł VAT z 7 na 22 procenty; tych pieniędzy Unia nie dołoży. Na szczęście obiecało je miasto. - Prace mieliśmy zakończyć do 2008 roku, potrwają dłużej. Ale w czasie następnego Triennale, w 2010 roku, na pewno będziemy już korzystali z nowych sal wystawowych - uważa dyrektor. Doktorat dzięki teczkom W wyremontowanym budynku powstanie wysoka (ponad 6 metrów) sala. Będzie tam można prezentować wielkie tkaniny, które do tej pory nie mogły być odpowiednio eksponowane. - Już nam nie "przejdzie koło nosa" żadna wystawa, jak to bywało w przeszłości, gdy na przykład nie mogliśmy pokazać u siebie arrasów brukselskich czy francuskiego gobelinu - tłumaczy Zawisza. No i wreszcie zmieści się w pozycji wiszącej najsłynniejsza w łódzkich zbiorach tkanina Magdaleny Abakanowicz, pochodząca z 1962 roku "Kompozycja form białych". Do tej pory spora jej część musiała leżeć na podłodze. Po remoncie muzeum zyska nie tylko nowe sale wystawowe, ale duże lokum znajdzie biblioteka i powstanie porządna czytelnia. Dziś księgozbiór liczy 15 tysięcy pozycji; zakupy są dla oszczędności uzgadniane z Akademią Sztuk Pięknych, żeby nie dublować drogich książek. Od dwóch lat w bibliotece muzealnej jest komputer, a pracownice sukcesywnie przenoszą na twardy dysk dane z fiszek. - Potrwa to jeszcze kilka lat, ale gdy prace zostaną skończone, stworzymy wspólną z ASP sieć informacyjną o zawartości księgozbiorów. Bibliotekarze, poza bieżącymi wypożyczeniami i ich rejestracją, prowadzą także "teczki imprez i wystaw" oraz "teczki artystów". - Gromadzimy materiały dotyczące wszystkich ekspozycji: zaproszenie, plakat, scenariusz, dokumentację zdjęciową i tekstową, korespondencję, katalog itp. Wszystkie druki są w jednym miejscu - tłumaczy Norbert Zawisza. Po każdym Triennale, a było ich już 11, przybywa metr bieżący dokumentacji. Nic dziwnego, że na bazie dokumentów gromadzonych przy Piotrkowskiej 282 powstało kilka prac magisterskich, a w ubiegłym roku - doktorat, pisany przez autorkę z Białorusi. Kolejny, w całości poświęcony Triennale, będzie obroniony w Instytucie Sztuki PAN. Żakard, wstążki i koronki W skansenie w jednym z domków staną krosna: żakardowe oraz pasmanteryjne do tkania wstążek i taśm, myśli się również o krośnie do produkcji koronek maszynowych. Wszystkie, stosunkowo niewielkie, wytwarzają atrakcyjny produkt, który może być traktowany jako pamiątka. - Ważne jest również to, że proste krosna są dobre do pokazów, bo w nich wszystko jest "na wierzchu". Im maszyna nowocześniejsza, tym widać mniej; ze środka "wychodzi" gotowy produkt, ale nie wiadomo, jak powstał - tłumaczy dyrektor. Na końcu skansenowej uliczki będzie stał niewielki drewniany kościółek z Nowosolnej. Kiedyś był świątynią ewangelicką, w 1945 roku został przekazany katolikom i służył im do lat 80. ubiegłego wieku. Przeniesie go wyspecjalizowana ekipa z muzeum w Sanoku, która już niejeden obiekt rozebrała i oznakowała. Na teren skansenu trafi także drewniana willa secesyjna z Rudy Pabianickiej. Niewykluczone, że z czasem znajdzie się tam więcej obiektów. Bielizna w gablotach Choć placówka nie ma pieniędzy na zakupy, ciągle przybywają nowe tkaniny. Najwięcej po każdym Triennale; zazwyczaj kilkanaście, a po ostatnim artyści ofiarowali aż 22 dzieła. Dlaczego to robią? Bo łódzkie muzeum ma w świecie wysoką rangę i tkanina w jego zbiorach liczy się w życiorysie artystycznym twórcy. W najbliższych planach muzeum ma dwie nowe wystawy stałe, prezentujące spory zbiór leżących w magazynach tkanin historycznych oraz odzież. Do jej pokazania konieczne będą hermetyzowane gabloty. Na razie łodzianie oglądają wystawę bielizny z początku XX wieku, kolejne ekspozycje są przewidziane po oddaniu do użytku nowego skrzydła.
opracowała: Małgorzata Olszak Piotr Sawicz - Kociubiński, student III roku Wydziału Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej WSHE w Łodzi W nowym sezonie na pewno zobaczę XXV Wojewódzkie Konfrontacje Teatralne, które odbywają się co roku w Centrum Kultury. W poprzedniej edycji z pedagogami w jury zasiadł znany aktor teatralny i filmowy Krzysztof Majchrzak, od którego młodzi amatorzy otrzymali liczne wskazówki. Zadbano także o dokumentacje zdarzeń. W ramach praktyk redagowałem gazetę. Chciałbym, żeby kolejna edycja Wojewódzkich Konfrontacji Teatralnych była tak dobra jak poprzednia. Jeżeli tylko budżet mi pozwoli, chętnie zobaczę choć jedno przedstawienie w Teatrze Powszechnym na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Ostatni raz uczestniczyłem w nim w 2005 roku. Obejrzałem wtedy "Króla Edypa" w reżyserii Gustawa Holoubka. Byłem zachwycony. Cena biletów wahała się jednak od 70 do 120 zł. Chciałbym, żeby były jakieś bilety ulgowe dla studentów. Łódź jest miastem kulturalnym dla ludzi, którzy chcą być kulturalni. Jest sporo informatorów płatnych i bezpłatnych, w których można znaleźć coś dla siebie. Jest tylko jeden warunek. Musisz się czymś interesować. Wtedy będziesz wiedzieć, gdzie tego szukać.
W Teatrze Studyjnym, w maju tego roku, wystąpiła amatorska grupa teatralna ze Stuttgartu. Usłyszałam "żywy" język niemiecki na scenie. Obyło się również konferencyjne spotkanie na Wydziale Filologii Germańskiej. Niestety poza gośćmi z zagranicy, wykładowcami i studentami uczelni nikt więcej nie był tym zainteresowany. Może to wina braku informacji. Również w tym roku brałam udział w cyklu spotkań pod nazwą Dni Portugalii. Lubię też polską kulturę. Jestem wierną czytelniczką poezji Tuwima i Gałczyńskiego. Chciałabym, żeby w repertuarze Teatru Studyjnego (odpowiedniego na kieszeń studenta) pojawiła się propozycja spektaklu opartego na twórczości obu poetów. Kupiłam ostatnio tomik "Chwilomyśli" Mateusza Kurcewicza, laureata nagrody Złoty Gryf 2005. Byłabym ogromnie zadowolona, gdyby któraś z łódzkich księgarni zaaranżowała spotkanie z nim. I może coś o malarstwie...W jednej z witryn galerii zobaczyłam kiedyś pastele Dariusza Twardocha zatytułowana "Ludzieńkowie." Autor jest twórcą nagradzanym i cenionym. Urzekła mnie bajkowość jego obrazów. Mam nawet jeden w domu. Bardzo bym chciała zobaczyć większą kolekcję jego dzieł na wystawie indywidualnej.
Chciałbym mieć możliwość ponownego spotkania z moim ulubionym pisarzem Jerzym Pilchem. W jego prozie pociąga mnie realność i dystans do świata. Specyficzne poczucie humoru i odwaga w czerpaniu ze swojej biografii. Pierwszy raz "na żywo" zobaczyłem go w Poleskim Ośrodku Sztuki, który często organizuje spotkania z różnymi autorami. Do dzisiaj miło to wspominam. W Muzeum Sztuki natomiast chętnie zobaczyłbym prace Salvadora Dali. Kilka reprodukcji wisi u mnie na ścianie. Ostatnio widziałem jego grafiki w Muzeum Historii Miasta Łodzi kilka lat temu. Dowiedziałem się o tym przypadkiem przechodząc obok muzeum. Cieszę się na samą myśl o Nocy Muzeów. W tym roku mam zamiar wziąć w niej udział po raz trzeci. Samotne błąkanie się po korytarzach nie jest przyjemne. Impreza ta sprawia, że nie wypada się nie pojawić w muzeum z licznym gronem znajomych. Uważam, że Łódź z powodzeniem stara się być miastem kulturalnym. Wyremontowano Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych. Teatr im. Jaracza otrzymał nową fasadę. Łódź ma swoje światowe imprezy cykliczne: Camerimage czy Festiwal Dialogu Czterech Kultur.
W tym roku w maju zaśpiewałam pierwszy raz w Szpitalu Psychiatrycznym w Kochanówce. Na spotkaniu zatytułowanym "Ogród Sztuk" można było obejrzeć wystawę wielu prac osób chorych, a także usłyszeć ich wiersze. Jeden z ordynatorów oddziału wyszedł z prośbą ponownego spotkania stanowiącego rodzaj terapii przez sztukę. Było to ogromne przeżycie dla mnie i dla pacjentów. Byłabym również ogromnie zadowolona, gdyby prace osób chorych psychicznie mogły zostać zaprezentowane w jednej z łódzkich galerii. Uważam jednocześnie, że Wieczory Muzyczne, które odbywają się co poniedziałek w Akademii, są za mało rozreklamowane. Brakuje ludzi z zewnątrz. Repertuar jest zróżnicowany: od klasycznych utworów operowych po modern, więc warto przyjść. Bardzo chętnie wystąpiłabym ponownie w Śródmiejskim Forum Kultury. Ostatnio brałam udział w "Koncercie Pasyjnym" oraz w przedstawieniu muzycznym "Nie tylko Mozart". Sala była wypełniona po brzegi. Nie odmówię sobie przyjemności posłuchania kilku koncertów organowych odbywających się co miesiąc w kościele św. Mateusza. Mają dobrą konferansjerkę i przygotowanie muzyczne. Będąc często na imprezach muzycznych widzę, że ludzie relaksują się przy tym rodzaju sztuki i mają zdecydowanie w czym wybierać.
Janusz Janyst Do najwybitniejszych artystów związanych zawodowo z Akademią Muzyczną im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi należy prof. Marek Drewnowski - pianista mający w swym dorobku liczne nagrania, występy w największych salach koncertowych Europy, a swego czasu także np. udział - na specjalne zaproszenie Leonarda Bernsteina - w festiwalu w Tanglewood, gdzie pojawił się na estradzie wspólnie z Bostońską Orkiestrą Symfoniczną. W tym roku łódzcy melomani słuchali jego gry na koncercie w filharmonii w ramach VI Festiwalu Nauki, Techniki i Sztuki. Nie tak dawno Marek Drewnowski wraz z utworzoną przez siebie smyczkową orkiestrą kameralną "The Chopin Soloists" - składającą się z muzyków wywodzących się z łódzkiej uczelni - zrealizował niezwykle interesujące przedsięwzięcie: nagrał na płytę kompaktową firmowaną przez Fundację im. Józefa Hofmanna oba koncerty fortepianowe Chopina w obsadzie kameralnej (rejestrację poprzedziły występy w Warszawie). Oto, co sam stwierdził na ten temat: - Pomysł wykonania tych koncertów z akompaniamentem wyłącznie kwintetu smyczkowego zrodził się podczas moich studiów nad biografią kompozytora. Okazało się, że profesor Chopina, Józef Elsner, usłyszał po raz pierwszy koncerty swego ucznia wykonane właśnie w wersji kameralnej. Postanowiłem odnaleźć manuskrypt, lecz udało mi się uzyskać jedynie wersję kameralną Koncertu e-moll, wydanego w 1833 roku w Lipsku przez Friedricha Kistnera, którą muzykolodzy jednomyślnie uznają za oryginalną. Po dokładnej analizie partytur doszedłem do wniosku, że pracując nad koncertami Chopin pisał je na początku w wersji kameralnej, aby później rozszerzyć do symfonicznej. Świadczy o tym m.in. fakt, że instrumenty dęte powtarzają partie kwintetu. Ponieważ w przypadku Koncertu f-moll nie zdołałem odnaleźć żadnej partytury z czasów Chopina, napisałem własną transkrypcję. Nagranie jest bardzo ciekawe, zarówno ze względu na pełną niuansów, odznaczającą się wirtuozowskim blaskiem interpretację partii solowych przez Drewnowskiego, jak i z uwagi na współdziałanie, kierowanej równocześnie przez niego od klawiatury, kilkunastoosobowej orkiestry smyczkowej. Akompaniament "The Chopin Soloists" - delikatny, subtelny, klarowny, acz nie pozbawiony romantycznego wyrazu, sprawia, że wykonywana muzyka zyskuje w tym wydaniu szczególny odcień szlachetności. Warto odnotować, że omawianą tu rejestracją fonograficzną zainteresowali się Japończycy, którym, jak wiadomo, nasz największy kompozytor narodowy nie od dziś jest bliski. Nagranie Drewnowskiego i "The Chopin Soloists" opublikowała na płycie również firma Exton z Tokio.
Numer 11/2006
"Kalejdoskop" nr 11/2006 W listopadzie Łódź staje się miastem festiwali kulturalnych, których różnorodna oferta zadowoli najbardziej wybrednych odbiorców. Wszystkie opisujemy i rekomendujemy na łamach najnowszego numeru. Z Możdżerem na cztery ręce Komu Żaby, komu Kijanki? Prawie 400 partytur Warto mieć marzenia! Może być tylko lepiej Rozśpiewany ŁDK Pokolenie porno? Skansen secesji Jak pożar uratował zabytek Radomsko, Sieradz, Skierniewice i Piotrków Słoje zaniechań i ukojeń Polecamy także nasze miesięczne kalendarium, czyli repertuar teatrów, galerii i muzeów Łodzi oraz województwa a także propozycje kulturalne innych miejskich placówek kulturalnych.
Festiwal z duszą - Co wyróżnia Festiwal Kultury Chrześcijańskiej spośród innych, podobnych imprez? - Można go uznać za festiwal wyjątkowy, a nawet niezwykły. Przede wszystkim nie powstał w następstwie decyzji "na górze", lecz zrodził się dzięki aktywności środowiska. Ponadto dwa rodzaje wpływów doprowadziły do jego powstania: te związane z działalnością Teatru Logos oraz te, które wynikały z posługi duszpasterskiej wśród twórców kultury. I jeszcze jedno: miejscem, wokół którego oscyluje festiwal, jest Kościół Środowisk Twórczych, przy którym pełni posługę ksiądz Waldemar Sondka, dyrektor Teatru Logos i inicjator festiwalu. Tegoroczny festiwal jest dziesiąty, a więc jubileuszowy. Również i ta okoliczność go wyróżnia, zwłaszcza spośród tych przeglądów, które szybko przemijają i odchodzą do lamusa historii. A ten się ostał i trwa... �wciąż zyskując na popularności, chociaż ksiądz Sondka nie stosuje żadnego agresywnego marketingu� - Składa się na to wiele powodów. Przede wszystkim festiwal jest już znany i bardzo dobrze organizowany, wystarczą więc informacje w kościołach, plakaty, foldery i konferencje prasowe. Ponadto prezentuje zawsze wysoki poziom wykonawstwa; zapraszani są artyści bardzo utytułowani, jest więc także festiwalem nazwisk. Festiwal nie jest monotematyczny, a zatem każdy może coś dla siebie znaleźć. Nic dziwnego, że chętni nie mogą się pomieścić, a ksiądz Sondka marzy o dobudowaniu w sąsiedztwie większego pomieszczenia. Jest jeszcze jeden klucz, bodaj najważniejszy, do zrozumienia tajemnicy sukcesu tego festiwalu: on ma duszę, której symptomy są wszędzie widoczne. Samo miejsce jest tego wyrazem. Stosując język Jana Pawła II można je określić mianem genius loci, a więc miejscem metafizycznym, wręcz genialnym: ze swoim kościołem, duchem modlitwy i wspaniałymi ludźmi, bez których nie byłoby teatru i nie byłoby festiwalu. Jeżeli w sposób pozytywny różni się od innych, podobnych festiwali w Polsce to dlatego, że wyrósł z takiego środowiska i od początku miał tak bogatą glebę. Daje więc owoce obfite, ale przede wszystkim dorodne i trwałe. - Festiwal przekształcił się z organizowanych wcześniej Tygodni Kultury Chrześcijańskiej, które odbywały się w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP na Bałutach, gdy ksiądz biskup był tam proboszczem. - Wspominam te czasy z satysfakcją. Świątynia, wielokrotnie większa od tej przy Curie-Skłodowskiej, gdzie teraz odbywają się festiwale, była wypełniona ludźmi. Niektórzy z nich nie bardzo wiedzieli, jak się należy w kościele zachować: na koncert Skrzeka jego miłośnicy próbowali wchodzić z papierosem! Wierzę jednak, że ta obecność przed ołtarzem coś im na przyszłość dała. W parafii na Bałutach byłem także przy narodzinach Teatru Logos, który powstał w klimacie wizyty papieża-Polaka w Łodzi. Premierowy spektakl odbył się 2 listopada 1987 roku, a więc teraz teatr wchodzi w 20. rok istnienia. Drugi etap funkcjonowania Logosu to działalność przy Kościele Środowisk Twórczych. Wrósł bardzo mocno w krajobraz kulturalny Łodzi. Dziś znany jest także poza granicami Polski. Budzi powszechny podziw swoim ambitnym repertuarem i mistrzowskim wykonaniem wielu trudnych ról - choć jest to teatr amatorski. Pracują w nim znakomici reżyserzy, choreografowie i kompozytorzy. Dzięki żmudnej pracy i sukcesom mówi się nie tylko o zespole aktorów czy współpracownikach, ale o środowisku Logosu, a nawet o jego wspólnocie. Jestem pewien, że mamy do czynienia z bardzo skuteczną siłą oddziaływania i samego teatru, i środowiska Logosu na mieszkańców naszego miasta. Wskazują na to również duszpasterze. - Nie mają zastrzeżeń do niektórych, z pozoru ryzykownych, pozycji repertuarowych i teatru, i festiwalu? - Ksiądz Sondka ma pełną swobodę i dobrze z niej korzysta w obydwóch przypadkach. Najważniejsze jest przecież stawianie pytań, a odpowiedzią może być refleksja na poważne tematy, wewnętrzne wyciszenie, a nawet ważna zmiana w myśleniu i postępowaniu. Same pytania skłaniają adresatów do wysiłku myślowego i moralnego. Jest to jakaś próba naśladowania Chrystusa, który wszystko wiedział i wszystko znał, a jednak stawiał swoim słuchaczom bardzo ważne pytania. Człowiek, który poważnych pytań sobie nie stawia, nie rozwija się moralnie i umysłowo. Gdy sztuka pyta o sens życia i śmierci, o sens świata, wartość wiary i miłości, staje się skutecznym ewangelizatorem i zarazem przewodnikiem człowieka. Rozmawiała Maria Sondej * biskup Adam Lepa jest biskupem pomocniczym diecezji łódzkiej, członkiem Komisji Episkopatu ds. Środków Społecznego Przekazu
Magdalena Sasin Szukanie indywidualności muzycznej wśród młodych artystów przypomina nieco oglądanie z bliska obrazu: trudno właściwie ocenić dzieło, jeśli nie można choć trochę się odsunąć. Dystans przestrzenny sprzyja zrozumieniu dzieła plastycznego, a perspektywa czasowa ułatwia zauważenie osobowości artystycznej. Będąc jurorem konkursu, decyzje trzeba jednak podejmować od razu. Ambitne zadanie promowania artystycznych osobowości postawił sobie twórca i dyrektor Festiwalu i Konkursu Indywidualności Muzycznych im. Aleksandra Tansmana, Andrzej Wendland. Tym razem będzie ich szukać wśród kompozytorów. Zwycięzcę poznamy 17 listopada. Kompozytorzy biorą udział w konkursie po raz pierwszy. Do tej pory był on adresowany do wykonawców, za każdym razem innej specjalności: startowali już m.in. pianiści, skrzypkowie, gitarzyści i wiolonczeliści. Sam pomysł nie jest nowy; na tej zasadzie funkcjonuje m.in. słynny konkurs Radia Bawarskiego ARD w Monachium. - W tym roku zmienia się tylko dziedzina sztuki, zmiana ideowa nie nastąpiła - podkreśla Andrzej Wendland. - Cały czas poszukujemy osobowości artystycznej. Wyłonienie takowej jest trudniejsze niż znalezienie kogoś, kto bardzo dobrze gra lub śpiewa (to nie takie proste). Indywidualność muzyczna to nie suma sprawnych palców, ostrego słuchu i pięknej barwy skrzypiec czy sopranu. Artysta odznaczony tym mianem musi wyróżniać się charyzmą, przyciągać uwagę i inspirować, czasem nawet kosztem drobnych niedociągnięć wykonawczych. Trudno znaleźć kogoś takiego zwłaszcza wśród osób do lat trzydziestu, a taką granicę wieku stawiano do tej pory kandydatom. Tym razem jest inaczej: nie ma ograniczeń wiekowych, a różnica między najmłodszym a najstarszym uczestnikiem wynosi 60 lat! Podczas konkursu będzie można usłyszeć nie tylko utwór zwycięzcy, ale wszystkie finałowe kompozycje (ma ich być najwyżej osiem): zabrzmią 17 listopada w wykonaniu orkiestry Filharmonii Łódzkiej. - Konkursy kompozytorskie są z natury "ciche", jurorzy po prostu przeglądają partytury. My zapraszamy publiczność do udziału w konkursie - podkreśla dyrektor. O zainteresowaniu łódzka imprezą świadczy liczba partytur: prawie 400. Kandydaci to przedstawiciele kilkudziesięciu krajów, w tym Australii, Chile, Brazylii, Meksyku, Kanady, USA, państw Bliskiego i Dalekiego Wschodu. To imponujące, zważywszy, że na konkursy kompozytorskie w Akademiach Muzycznych przychodzi zwykle kilkadziesiąt, a czasem ledwie kilkanaście zgłoszeń. Tak duży odzew ze strony młodych artystów świadczy o ogromnej pracy organizatorów, którzy dotarli do uczelni muzycznych, towarzystw kompozytorskich i czasopism branżowych całego świata. Magnetycznie działają na pewno nazwiska członków jury: przewodniczącym będzie Zygmunt Krauze, a pozostali to m.in. Krzysztof Penderecki i Michael Nyman (Brytyjczyk, przedstawiciel minimalizmu). Na laureatów czekają nagrody o łącznej wartości 30 tys. dolarów. - Hasło tej edycji to "Tansman i przyjaciele" - mówi dyrektor imprezy o repertuarze koncertów. - Kompozytor miał wielu przyjaciół po fachu, wśród nich tak wybitnych, jak Strawiński, Ravel czy Gershwin. Chcemy pokazać muzykę Tansmana w kontekście sztuki mu współczesnej. Mimo wszystko trudno oprzeć się wrażeniu, że o konkursie i festiwalu za mało słyszy się wśród melomanów. Impreza żyje tylko wtedy, kiedy się odbywa: co dwa lata przez parę dni. Tymczasem powinna istnieć także między kolejnymi edycjami. Chciałoby się słyszeć w tym czasie: "wystąpi laureat konkursu im. Tansmana" albo: "zagra kandydat do konkursu im. Tansmana". By to osiągnąć , potrzeba czasu-12 lat dla konkursu muzycznego to mało - ale nie tylko. Rangę takiej imprezy tworza przede wszystkim laureaci. Decyzji jurorów dotychczasowych konkursów im. Tansmana nie można uznać za chybione, ale na razie spośród laureatów nie wyłoniła się gwiazda. Sławy nie zdobył zwycięzca pierwszej edycji, rosyjski wiolonczelista Igor Zoubkovski. Lepiej wiedzie się węgierskiemu fleciście o nazwisku Ittzes Gergely, laureatowi Grand Prix z 1998 r.; od tego czadu nagrał kilka płyt, m.in. dla Naxos oraz CD Universe. Określenie "indywidualność muzyczna" wyśmienicie pasuje do zwycięzcy edycji z 2000 r., polskiego wiolonczelisty Dominika Połońskiego. Niestety, choroba wykluczyła go na długi czas z aktywnego życia koncertowego; gdy do niego wróci, konkurs im. Tansmana zyska na powrót bezcennego ambasadora. Madziarzy powtórnie triumfowali w 2002 r., podczas IV edycji imprezy; zwyciężył wówczas pianista Jozsef Balog. W kwietniu ubiegłego roku potwierdził swój talent, zdobywając nagrodę specjalną na siódmym międzynarodowym konkursie pianistycznym "Franz Liszt" w Utrechcie. Startował też, lecz bez powodzenia, w eliminacjach do ostatniego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie. Rosyjska pianistka Jelizawieta Suszczenko, która triumfowała w piątej edycji, później wygrała jeszcze dwa inne konkursy. Na razie nie są to jednak osobowości, które skutecznie budowałyby renomę konkursu. Nazwisko patrona - Aleksandra Tansmana - bardziej niż z Łodzią kojarzy się na razie z Polską... i z samym Andrzejem Wendlandem, wielkim propagatorem jego twórczości. Gdybyż udało się je "ulokalnić", podobnie jak Artura Rubinsteina! Wszak w historii Łodzi nie ma zbyt wielu wybitnych postaci, a te, które są - by wspomnieć Tuwima czy Reymonta - zostały już do cna "wyeksploatowane". Warto uczynić atut z dobrych stosunków, jakie łączą Łódź z córkami Aleksandra Tansmana: Mireille Tansman-Zanuttini i Marianne Tansman-Martionozzi chętnie przyjmują zaproszenia do Łodzi, będą obecne także podczas tej edycji. Festiwal i konkurs w 20-lecie śmierci kompozytora i 10-lecie istnienia imprezy ma szansę być wyjątkowy.
Mieczysław Kuźmicki * Z festiwalem jestem związany od początku, czyli od szesnastu lat, a od lat dziesięciu go prowadzę i czuję się emocjonalnie wypalony. Mam świadomość, że moje pokolenie już nic nowego nie zaproponuje, to pole działania dla młodszych. Oni nawet "zagrożenie" inaczej rozumieją niż ja. Czy to znaczy, że powinienem od festiwalu odejść? Chyba nie, moje klasyczne myślenie o filmie powinno być przydatne. Nie potrafię precyzyjnie podać liczby filmów zgłoszonych w tym roku, bo - choć termin już minął - ciągle wpływają nowe tytuły. W praktyce tak jest, że trzeba robić wyjątki. Kiedy? Gdy pojawia się na przykład nowy film znakomitego twórcy i nie chcemy go w programie pominąć. Zwykle na festiwal dociera 70-80 filmów, niekiedy 90. Nie więcej. Odsiew jest niewielki, bo twórcy bardzo rzadko przysyłają obrazy, które nie mieszczą się w formule festiwalu. Określa to precyzyjny regulamin. Do konkursu wejdzie jedna trzecia z nadesłanych filmów lub najwyżej połowa. To zależy od metrażu: im dłuższe filmy, tym mniej zmieści się ich w konkursie. Nie możemy przecież wydłużać imprezy bez opamiętania. Ja osobiście zawsze się cieszę, gdy w programie jest więcej pozycji, bo wtedy jest ciekawiej. Niektóre edycje festiwalu miały charakterystyczne dla siebie tematy. Na początku największe zainteresowanie budziły wszystkie kwestie społeczne, co po latach cenzury nie powinno dziwić. Nieco później popularnym tematem byli bezdomni. Odkrywano wtedy bezdomność jako pewną filozofię bytu, a nie tylko brak mieszkania. Rok temu na ekranach sporo było o zagrożeniu globalizacją, ostatnio zaś dominują media jako czynnik sprawczy rozmaitego zagrożenia. Jak widać, sprawy z pierwszych stron gazet przenoszą się na ekrany. Nie bez powodu chcę zwrócić uwagę czytelników na trzy spotkania, które znalazły się w programie tegorocznej imprezy. Bohaterem jednego z nich jest profesor Bogusław Sułkowski, socjolog, i jego najnowsza książka "Przemoc i pornografia śmierci jako przynęty medialne". Znany z telewizyjnego ekranu Wojciech Eichelberger będzie mówił na temat: "Media - współczesne niewolnictwo", a o swoim dziennikarstwie opowie reporter Gazety Wyborczej - Jacek Hugo Bader. Uważam, że te spotkania poszerzają formułę festiwalu, są dowodem otworzenia się "na ludzi", a nie tylko na obrazy (czyli filmy) i dźwięki (czyli audycje radiowe). Obejrzałem około półtora tysiąca festiwalowych filmów. Czasem mnie pytano, czy po obejrzeniu tylu obrazów pokazujących "człowieka z zagrożeniu" nie czuję się przygnębiony. Wręcz przeciwnie! Wychodzę z projekcji i oddycham z ulgą: ktoś już to zło zobaczył, nazwał je i opisał, czyli może być tylko lepiej. Notowała Maria Sondej * Mieczysław Kuźmicki jest dyrektorem Muzeum Kinematografii, organizatorem Festiwalu Mediów "Człowiek w zagrożeniu"
Michał Wawszczak Przez ponad dwieście lat mieszkańcy Kutna nie wiedzieli, że w XVIII wieku w ich mieście wybudowano pałac podróżny króla Augusta III. Dopiero w 1971 roku Andrzej Mariusz Wieczorkowski, antropolog kultury i historyk sztuki, który rozpoczynał właśnie studia doktoranckie w Polskiej Akademii Nauk, odnalazł sztychy projektanta budynku -Jana Marcina Waltera - i ze zdumieniem wyczytał z jego notatek, że budowę pałacu nakazał sam król. W 1972 roku pan Mariusz zwołał konferencję popularnonaukową i poinformował o swoim odkryciu. Była to wielka sensacja, ale również karta przetargowa w walce o stare miasto w Kutnie. - Ówczesne władze chciały wyburzyć prawie całą starówkę , aby "racjonalnie" zagospodarować centrum miasta. Pałac był jednym z naszych argumentów w walce o jej ocalenie i być może dzięki niemu starówka nadal znajduje się na swoim miejscu - wspomina Wieczorkowski. Pałac został uratowany przed zrównaniem z ziemią, ale nikt nie myślał o jego rekonstrukcji. Przez 31 lat Mariusz Wieczorkowski i jego koledzy napisali setki pism, między innymi do lokalnych władz i łódzkiego konserwatora zabytków, prosząc o przyznanie funduszy na renowację niszczejącego obiektu. Adresaci nie zareagowali nawet po zawaleniu się jednej ze ścian zachodniego skrzydła pałacu. Po transformacji ustrojowej w 1989 roku pojawiła się nadzieja na uratowanie pałacu, jednak szybko rozwiały ją słowa ówczesnego dyrektora muzeum w Kutnie: "Nie będę umierał za Pałac Saski". Pałac paradoksu - Pałac Saski wzniesiono z tak zwanego muru pruskiego, czyli drewnianego szkieletu uzupełnionego cegłami. Tuż przy fundamentach drewno butwieje i gnije, wymaga więc ciągłej konserwacji. Przy tak osłabionej konstrukcji dach w każdej chwili mógł obrócić pałac w ruiny, bo po prostu stał się zbyt ciężki. Zamierzaliśmy go rozebrać, jednak ubiegł nas pożar - opowiada pan Andrzej. Trzy dni po pożarze wystąpił z inicjatywą założenia Fundacji Odbudowy Pałacu Saskiego i bardzo szybko znalazł chętnych do ratowania tego wyjątkowego zabytku. Wreszcie zaczęto działać. Pożar, o którym mówiono w mediach, wzbudził zainteresowanie pałacem. Do fundacji przystąpił kutnowski Urząd Miasta, który do dziś jest dla niej ważnym partnerem. Płomienie rozwiązały nie tylko problem dachu. Z pałacu zniknęły warsztaty naprawy urządzeń elektrycznych oraz sklepy, które przed pożarem dzierżawiły kilka pomieszczeń za zgodą lokalnego muzeum - gospodarza zabytku. - Muzeum wynajmowało pomieszczenia i nie ma w tym nic złego. Nie zadbało jednak o zabezpieczenia przeciwpożarowe, a to już jest, delikatnie mówiąc, skandal - uważa Wieczorkowski. Jedyny ślad Kutnowski pałac podróżny jest jedyną w Polsce architektoniczną pamiątką po Auguście III. Do niedawna ten król nie cieszył się sympatią historyków: uważano go za władcę nieudolnego, którego nie obchodził los Polski. W świetle ostatnich badań ma szansę na co najmniej częściowe "uniewinnienie". - Augusta III uczyniono kozłem ofiarnym trudnych czasów w Europie i chorej sytuacji politycznej w Polsce. A przecież okres jego rządów to czas najlepszych stosunków polsko-niemieckich w historii - przypomina Wieczorkowski. Prace renowacyjne potrwają co najmniej kilka lat, ale nawet po ich ukończeniu budynek będzie pod nadzorem, bo drewniany szkielet wymaga nieustannej uwagi i ochrony. Kilka pomieszczeń zostanie przeznaczonych na sale muzealne, przypominające o wielkim mecenacie Augusta III i jego wkładzie w rozwój sztuki i kultury. Pałac będzie również częścią europejskiego ośrodka festiwalowego muzyki dawnej "Między Dreznem a Warszawą". W skład tego ośrodka wejdzie także pobliski Pałac Gierałty - siedziba Państwowej Szkoły Muzycznej - oraz otaczający go park barokowo-romantyczny. Dzięki temu koncerty będą odbywać się również w plenerze. Tak więc architektoniczna pamiątka po Aguście III stanie się żywym centrum kulturalnym. Jest to chyba jedyny zabytek w Polsce, któremu pożar uratował życie.
Numer 12/2006
"Kalejdoskop" nr 12/2006 I w końcu nastał grudzień... Co na ostatni miesiąc tego roku przygotowały łódzkie placówki i stowarzyszenia kultury - dowiemy się z najnowszego "Kalejdoskopu". Prezentujemy także linoryty z najnowszego cyklu Henryka Płóciennika, zainspirowanego ostatnim słowem Jana Pawła II - "Amen". Niemczykomania |
|